tylko-jedno-postanowienie-noworoczne

Tylko jedno postanowienie noworoczne sprawi, że poczujesz się lepiej. Zdradzę Ci je…

Czy ja dobrze widzę? Czy to już oficjalnie koniec 2020 roku? Taaak! Ale jedną chwileczkę… Czy coś się zmieniło od wczoraj? Bo ja mam wrażenie, że pożegnałam chory, depresyjny i owinięty w covidowy kokon rok 2020 i jednocześnie powitałam kolejny chory, depresyjny i covidowy rok 2021 (bo bez wątpienia na taki się zanosi). Chciałam zacząć jakoś tak bardziej pozytywnie… a wyszło jak zawsze! Taki już ze mnie smerf maruda… Proszę jednak żadnych grubych kresek nade mną nie stawiać, a już na pewno żadnych krzyżyków, bo ja naprawdę przychodzę tu dzisiaj z radosnym przesłaniem noworocznym! To znaczy radosnym dla Ciebie, a dla innych z Twojego otoczenia to już mniej, ale od początku…

Być może czytając moje dotychczasowe teksty dało się odnieść wrażenie, że nie jestem wulkanem macierzyńskiego entuzjazmu, wylewającym z siebie różową lawę zachwytów nad dziećmi, mężem, sprzątaniem, gotowaniem i cholera wie czym jeszcze…. Bez obaw, w tym temacie nie będzie żadnej „dobrej zmiany” od Nowego Roku 😉 Jednak jak źle by nie było, chodzi przecież o to, by było lepiej, prawda? Oklaski proszę i wszystkie jupitery na mnie, bo będę przemawiać…

Nowy Rok – Nowa Ja 

A gówno prawda! Stara jestem – w sensie dosłownym i metaforycznym zarazem. Pierwszy stycznia to zwykła data, jak każda inna… jak dwudziesty trzeci czerwca czy siedemnasty listopada… Niby nic nadzwyczajnego, a każdy trzęsie tyłkiem, bo to “Nowy Rok”. Bu-hu! Jedyne co mi się nasuwa na myśl w związku z tą datą, to przereklamowane postanowienia noworoczne, których i tak nikt nie dotrzymuje. Nawet mnie to specjalnie nie dziwi… Zerkam właśnie za okno i wiesz co widzę? Depresję. Tylko (nie)zdrowo ujarany szaleniec mógł wpaść na “genialny” pomysł robienia postanowień w samym środku zimy i jeszcze sądzić, że ma to jakikolwiek sens. Wprawdzie przybyło mi kilka nowych kilogramów od siedzenia na dupie przez ostatnie kilka miesięcy, toteż osiedlowa siłka woła: „Sylwana, chodź na mnie” (bo z niewiadomych powodów chodzi się „na” siłkę, a nie „do”). Ale wystarczy, że wystawię mój spiczasty nos za okno i odechciewa mi się nawet wstać do kibla za potrzebą, a co dopiero robić jakieś inne nadprogramowe czynności typu siłownia czy obiad.

Machina ruszyła i już się nie zatrzyma

Czy tego chcemy czy nie, wszystkie bierzemy udział w wyścigu do objęcia tronu Matki Roku i włożenia na głowę korony spełnionego macierzyństwa. To nic, że taki tron nie istnieje, a korona zaginęła zanim jeszcze ktokolwiek zdążył ją stworzyć. To naprawdę nic nieznaczący szczegół… Liczy się tylko to, że musimy wrócić do swojej sylwetki sprzed ciąży (najlepiej tej z czasów podstawówki), mieć znowu płaskie brzuchy bez rozstępów i cycki sterczące jak nigdy wcześniej. Każdego dnia rano musimy budzić się z uśmiechem i do wieczora przekonywać wszystkich (a głównie siebie), że jesteśmy spełnionymi matkami, żonami, sprzątaczkami, kucharkami i cholera wie kim jeszcze! Że całe nasze życie jest ucieleśnieniem naszych najskrytszych marzeń i snów rodem z bajek Disneya. Bo skoro zdecydowałyśmy się na macierzyństwo, to TYLKO ONO jest dla nas, matek, kaskadą uniesień i euforią zachwytów. A przynajmniej wypada sprawiać wrażenie, że tak jest…

.

Ten świat nie odpuszcza

No bo skoro na fejsbuczku czy na insta wszyscy są tacy idealnie wyprostowani, z wciągniętymi brzuchami i ogolonym wąsikiem, z czystymi dziećmi po prawicy, uśmiechający się od ucha do ucha śnieżnobiałymi jedynkami, to ich życie musi być przezajebiste na maksiora! Czysta kanapa na tle wysprzątanego mieszkania – to ja też tak muszę! Przecież nie wrzucę do neta foty z bałaganem na pierwszym planie, bo moje pseudo-kumpele zaczną szczekać w komentarzach, że one to ogarniają wszystkie okruszki na bieżąco. Będzie wstyd! Możesz sobie przyklasnąć, jeśli kiedykolwiek tak pomyślałaś… Ja biję sobie brawa na stojąco, bo myślałam tak często… za często! Łatwo popaść w iluzoryczną pułapkę, że to co widzimy na przefiltrowanych insta-zdjęciach, to codzienna rzeczywistość wszystkich ludzkich stworzeń (tylko nie moja i pewnie nie Twoja). Te wszystkie kobiety, które są takie szczęśliwe i którym się tak super udaje połączyć role matki, żony, sprzątaczki, kucharki i cholera wie czego jeszcze… istnieje duże prawdopodobieństwo, że one same nie istnieją… Marnują tylko swój czas na okłamywanie innych, że ich życie jest lepsze niż w rzeczywistości. Cóż… mojego czasu nie będą marnować!

Ty odpuść!

Pośród tych wszystkich idealnych matek, perfekcyjnie zorganizowanych, siedzących na wypucowanych kanapach, spełniających się w macierzyństwie, w kuchni, w łóżku, na strychu i cholera wie gdzie jeszcze… chciałabym stanąć ja, zakręcić moim lekko przypasionym tyłkiem i powiedzieć: “A niech to wszystko bura gęś kopnie!” Bo prawda jest taka, że każda matka budzi się rano niewyspana, rozczochrana, na mokrej od śliny poduszce, ze śmierdzącym kapciem w gębie (nawet ta zdjęta prosto z instagrama). Że wszystkim nam tak bardzo się nie chce wszystkiego tego, co chcieć nam się powinno, ale się nie chce… Nieskromnie powiem, że ja osiągnęłam w tym temacie mistrzostwo! Że proste czynności, które przeciętnym śmiertelnikom zajmują kilka minut, matce przy dzieciach zabierają kilka dni… Że zdarza nam się krzyczeć z bezsilności i zaraz potem płakać ze wstydu, że w ogóle krzyczałyśmy o taką bzdurę… 

I to jest najwyższa pora, by przyznać się przed samym sobą do własnych niedoskonałości… Mamy rozstępy na brzuchu – co z tego? Mamy dodatkowe kilogramy, choć od naszej ostatniej ciąży minęło dziesięć lat – co z tego? Wczoraj zaserwowałyśmy naszym dzieciom płatki z mlekiem na obiad – co z tego? Nasze dziecko zasnęło w piżamie, gdzie góra nie pasowała do dołu – co z tego? Układając klocki z dzieckiem zdarzyło nam się scrollować fejsa – co z tego? To właśnie jest fantastyczne, piękne i cudowne! Jeżeli staniemy twarzą w twarz z własnymi słabościami (bo każdy je ma, na litość boską!) i dojdziemy do jedynego słusznego wniosku, że nie jesteśmy perfekcyjne, to jest spora szansa, że będzie nam się lepiej żyło na tym porąbanym świecie…

Hasłem przewodnim Nowego Roku 2021 (a najlepiej każdego kolejnego także) powinno być: “Odpuszczę!” Odpuszczę sobie, odpuszczę Tobie, odpuszczę wszystkim i wyjdę z tego cyrku, zatrzaskując teatralnie za sobą drzwi. Tylko tą jedną rzecz warto sobie postanowić i w kółko powtarzać jak mantrę każdego dnia, na dzień dobry i na dobranoc, bo tylko to pozwoli nam spojrzeć łaskawszych okiem na siebie i na innych. Ja od razu czuję się lepiej, a Ty?

Uwolnij się w komentarzu od presji bycia idealną mamą i niech to będzie najlepszy początek Nowego Roku!

Czytaj: 10 Mamuśkowych zachcianek (złota rybka wymięka)
Czytaj: Dlaczego ściema o Świętym Mikołaju jest OK
Polub fanpage: https://www.facebook.com/wspomnieniajakzbajki/

Jak udostępnisz ten wpis, to kupię Ci kucyka ;)

2 komentarze

Dodaj komentarz