rodzilam-w-kosmosie-czesc-2

Rodziłam w kosmosie – część 2

Jeżeli nie jesteś na bieżąco, czyli nie czytałaś poprzedniego wpisu, to odsyłam Cię tam: Rodziłam w kosmosie – część 1. Musisz przeczytać jedno, zanim zaczniesz czytać drugie, bo każda dobra historia ma swój początek… 

Byłam gotowa! 

I nie mam tutaj na myśli skurczy, rozwarcia i innych cielesnych niedogodności, które bez wątpienia są oznaką porodu (choć je wszystkie odhaczyłam). Byłam gotowa psychicznie! W młodości zarzekałam się, że NIGDY nie będę mieć dzieci, że poród musi tak strasznie boleć, a baby tak dobrowolnie się na to godzą? Nie do pomyślenia! Z tamtych przekonań pewnego dnia wyrosłam i zmieniłam zdanie o sto osiemdziesiąt stopni. Skoro mam mieć dziecko, to muszę to zrobić właściwie!

Moja pierworodna księżniczka przyszła na świat drogą cesarskiego cięcia, o czym więcej przeczytasz tutaj. Nie chciałam cesarki, ale cóż… siła wyższa! Jednak do samego końca byłam nastawiona na poród naturalny. Pozytywne myślenie podpowiadało mi, że dam radę, bo kto inny jak nie ja? Nawet na zajęciach w szkole rodzenia śmiałam się, że mam w planie wejść na porodówkę, urodzić szybko i bezboleśnie, i po trzech dniach wyjść. Takie to będzie proste! Wtedy cesarka pokrzyżowała moje plany, ale za drugim razem moje optymistyczne nastawienie powróciło ze zdwojoną siłą…

Przenieśmy się na salę porodową…

Chyba Cię nie zdziwi, jak napiszę, że w sumie niewiele z tej całej “imprezy” pamiętam… Dzisiaj mam wrażenie, że wszystko działo się bardzo szybko, choć logika mówi mi, że cztery godziny to szmat czasu (a tyle mniej więcej upłynęło od momentu mojego dziarskiego wkroczenia na porodówkę do pojawienia się na świecie mojej drugiej córeczki). Pamiętam położną, która co jakiś czas wchodziła, sprawdzała aparaturę i wychodziła. Moje skurcze były już naprawdę bolesne, więc przez zęby wydusiłam do niej, że to chyba już… Mówiąc delikatnie, wyśmiała mnie i z dziwną satysfakcją powiedziała, cytuję: oj nie, jeszcze nie

Po zmianie warty zastąpiła ją inna położna, bardziej empatyczna (być może dlatego, że dopiero zaczęła pracę). Mąż dzielnie znosił nudę, bo póki co z jego perspektywy niewiele się działo… Gdzieś tam wcześniej wypełniłam papiery, że chciałabym dostać znieczulenie, ale w sumie aż tak bardzo mi na tym nie zależało (chyba za bardzo wierzyłam we własne siły, taka trochę arogancka jestem). Toteż nie wkurzyłam się na potęgę, kiedy położna zakomunikowała, że na znieczulenie jest już za późno. Nawet mnie taka zagrywka specjalnie nie zdziwiła… Dostałam za to “głupiego jasia” do wdychania i chyba nawet tak odrobinkę poczułam, że jest lżej, ale dosłownie minimalnie. 

Blisko, coraz bliżej…

Nie wiem jak długo to trwało, bo całą sobą skupiłam się na skurczach, co by jakoś je przeżyć. W głowie powtarzałam sobie, że ten skurcz przybliża mnie do porodu, czyli o jeden mniej, i tak za każdym razem. W sali powoli zaczęło się robić tłoczno, a więc może to już? Na wszelki wypadek nie będę pytać, bo znowu mnie rozczarują… Jedna z położnych (może nawet ta empatyczna, nie pamiętam) zlitowała się nade mną i powiedziała, że zaraz będziemy mogli zaczynać, żebym się przygotowała. A co ja do cholery robię innego od kilku godzin!? Szydełkuję!? Bardziej już chyba nie mogę być gotowa! Później okazało się, że jednak mogę…

Bo wiesz, co jest najgorsze, jak rodzisz naturalnie po raz pierwszy? Ta cholerna niewiedza! Nie miałam zielonego pojęcia, jak to ma wyglądać i czego się spodziewać… W pewnym momencie skurcze były tak silne, że myślałam, że już większych nie wytrzymam, że to mój max! A to było godzinę temu… Potem myślałam, że to już jest moje maksimum, a jeszcze godzina była przede mną… Na co ja właściwie czekam? Za Chiny Ludowe świata nie wiedziałam! Za to pojawiło coś nowego: powiedziałam do położnej, że ja muszę już przeć, bo tak dosłownie czułam! To było niesamowite i zarazem dziwne uczucie, którego nijak nie potrafię opisać słowami. Jeszcze nie, proszę jeszcze nie przeć

.

Preludium

W końcu zaczęły się skurcze parte. W szkole rodzenia tyle o nich mówiono, a ja teraz nie pamiętałam z tego absolutnie nic! Z boku stał mój mąż i dopingował mnie jak na jakimś meczu. Niewiele mnie to obchodziło, ale przydała mi się jego ręka do ściskania. Aaa i wodę mi podawał przez cały ten czas, także oklaski dla niego! 😉 A co ze mną się działo? Świat był za mgłą, niewiele widziałam, niewiele słyszałam… Próbowałam gdzieś pomiędzy tym wszystkim wyłapywać, co mówi położna u mego drugiego boku, bo dawała mi znać, kiedy przeć, a kiedy tego nie robić. Między skurczami dopingowała mnie równie energicznie, co mój luby.

Nagle usłyszałam: widzę główkę. To mi dało jeszcze większego powera! Wszyscy w sali zaniemówili, gdy mój mąż zapytał, czy też może zobaczyć. No może pan – padła niepewna odpowiedź. To on jeszcze dalej: a mogę dotknąć? W tym momencie wszyscy zwariowali, dosłownie! Normalnie w takiej sytuacji bym się śmiała (ale byłam odrobinę zajęta czym innym), bo chyba tylko ja wiedziałam, że jest strażakiem i nie takie rzeczy widział w swoim życiu… Dotknął – ma teraz co wspominać! Tymczasem ja jechałam dalej z tym koksem…

Kosmos

Nie wiem, ile takich skurczy partych w rezultacie miałam. Czas kompletnie przestał dla mnie istnieć. Główka była już na zewnątrz, chwila na oddech i powrót na “imprezę”. Teraz będzie najlepsza część opowieści! Być może głowisz się, dlaczego zatytułowałam ten wpis “Rodziłam w kosmosie”, bo ja bym się na Twoim miejscu zastanawiała… Przez te kilka skurczy od wyjścia główki do urodzenia całego dziecka ja autentycznie byłam w kosmosie! Nie, nie zwariowałam! Nie jestem szalona (choć to prawda, że do psychiatryka niebawem się wybieram, ale to z innych powodów). Przed oczami miałam ciemność, mrugające gwiazdki i czułam się jak w jakiejś próżni. Gdy parłam, nie widziałam i nie słyszałam absolutnie nic. Totalny kosmos! Nawet teraz mam ciarki, jak o tym piszę, bo doskonale pamiętam ten stan. Mogłabym go przeżywać kilka razy dziennie. Tego nie da się opisać żadnymi słowami… Ekstaza, trans, uniesienie – to wszystko za mało! Może szczęście? Ale takie najprawdziwsze, błogie szczęście, jakiego tu na ziemi nie da się zaznać w żadnych innych okolicznościach. 

A wcale nie było tak kolorowo…

Podczas tego porodu miałam nacinane krocze, bo prognozowana waga dziecka w moim łonie okazała się daleka od rokowań aparatu USG. W poprzedniej części pisałam, że ginekolog przewidział 3900g, zaś szpital 4200g. W rezultacie moja córka urodziła się z wagą 4700g (powinnam napisać “ogromne bydlę”). Mój mąż do dziś wypomina mi, że to moja wina, że tak utuczyłam ją w brzuchu, bo truskawki jadłam pod koniec ciąży kilogramami. Ale to żadna moja wina, że sezon na truskawki przypada na czerwiec, a ja jestem truskawkowym potworem, który powinien się z tego leczyć, ale za żadne skarby nie chce… Gdyby lekarze potrafili prawidłowo przewidzieć wagę mojego bydlaczka, to na bank nie pozwoliliby mi rodzić naturalnie.

Straciłam sporo krwi (na następny dzień przetoczyli mi krew i na jeszcze następny znowu, aż hemoglobina się w miarę unormowała). Pomimo tego wszystkiego ja byłam przeszczęśliwa! Miałam okazję przeżyć w życiu coś, czego nigdy wcześniej nie przeżyłam i już nigdy później nie przeżyję, bo wprawdzie swoją trzecią córkę urodziłam także naturalnie, to kosmosu nie było 🙁 Ale o tym innym razem…

Czytaj: „CHYBA RODZĘ”, czyli mój pierwszy raz na porodówce
Czytaj: Tylko nie cesarka!
Polub fanpage: https://www.facebook.com/wspomnieniajakzbajki/

Jak udostępnisz ten wpis, to kupię Ci kucyka ;)

Dodaj komentarz