rodzilam-w-kosmosie-czesc-1

Rodziłam w kosmosie – cześć 1

Pozwól, że zacznę od ciekawostki (bo zawsze warto wiedzieć więcej) – każdego dnia na świat przychodzi około 350 tysięcy dzieci. To daje 255 dzieci na minutę, czyli zanim skończysz czytać ten wpis urodzi się 1530 nowych obywateli tego świata! Niesamowite, prawda? Te liczby nie mieszczą się chyba nikomu w głowie. Jeśli zatem myślałaś, że Twój poród był wyjątkowy, to cóż… Musisz czytaj dalej! Bo ja o swoim też tak myślałam…

Mój brzuch był ogromny! 

Na żadnym zdjęciu nie mieścił się w kadrze, a gdy pojechaliśmy nad morze pewnej soboty (bo był to czerwiec, a do morza mamy jakieś 20 km), to wszyscy plażowicze dziwnie na mnie spoglądali… Jakby pierwszy raz widzieli na oczy morświna! Taka byłam wielka! Termin porodu minął i powoli zbliżałam się do cienkiej granicy dwóch tygodni. Można by to przyrównać do tykającej bomby, na której wyświetlacz z odliczanymi minutami lekko się przykurzył. Eksplozja może nastąpić w każdej chwili, ale nikt nie wie kiedy to dokładnie będzie… Mądry lekarz ginekolog (który tyle szkół ukończył) też nie bardzo wiedział, bo na ostatniej wizycie kontrolnej, wkładając łapy stwierdził z absolutną pewnością, cytuję: ohoho, jeszcze długo! Mylił się bardzo…

Nie ma wyjścia

Rano po śniadaniu cała delegacja (mąż, córka, ciocia i teściowie, bo akurat na wakacjach u nas byli) odwiozła moje ciężarne cielsko do szpitala. Wparowaliśmy wszyscy wesołą gromadką na porodówkę. Pomachałam przed nosem położnej w rejestracji świstkiem papieru, z którego wynikało, że mają mnie przyjąć na oddział, bo termin porodu nieubłaganie minął, a dziecko ani myśli wychodzić na świat. Szybkie badanie, trochę dłuższe KTG, nawet wywiad ze mną przeprowadzili (jak z jakąś gwiazdą) i zawyrokowali: pani w ciąży zostaje, reszta sio do domu.

Ale że na wakacjach byli, to pojechali zwiedzać oczywiście! Chętnie pojechałabym z nimi, bo na tym wielkim kole, co nad Motławą stoi to jeszcze nie byłam, ale sama rozumiesz… Trzeba dziecko urodzić, to gdzie się będę szlajać po mieście? Aaa! Muszę napisać o czymś jeszcze: duży brzuch, o którym wspominałam wcześniej oznaczał duże dziecko w środku. Ginekolog swoją aparaturą finansowaną z NFZ wyważył 3900g, z kolei na następny dzień w szpitalu było już 4200g – tak urosło przez noc! No żartuję przecież! Wiem, że w tak zaawansowanej ciąży przyrząd do USG wariuje i waży jak chce, wróżenie z fusów, albo raczej ważenie z fusów. Tak czy siak, spodziewaliśmy się dużego bobasa… 

Tego jeszcze nie grali!

Dostałam pryczę w pustym pokoju. Dopiero później dokoptowali mi współlokatorkę z podobną przyczyną przyjęcia na oddział co ja. A na tym oddziale kolejne badanie (znowu to samo), kolejne wywiady… Zrobiliśmy jednak krok naprzód, bo ustalono, że tego dnia będziemy obserwować rozwój wydarzeń, a gdyby nic się nie zadziało, to dopiero na następny dzień podadzą mi środek na wywołanie (oksyto… coś tam). Na razie czekamy… Ułożyłam się wygodnie na pryczy, trochę pogadałam z nową koleżanką, fejsa odwiedziłam, po czym zawołano mnie po raz kolejny na badanie (czy im się to nie nudzi?). Tym razem stary lekarzyna robił rozeznanie. Był całkiem sympatyczny, pośmialiśmy się trochę…

Co? Już by pani chciała urodzić?
Po to tu jestem…
Prawda! Jest taki jeden sposób, by to przyspieszyć…
Mam po męża dzwonić czy okna wam tu umyć?
Okna były myte stosunkowo niedawno, a mąż już chyba swoje zrobił…
(śmiech)
Mam na myśli coś innego, ale nawet panie położne będą się z tego śmiać…
Jakiż to sposób? Proszę zdradzić!
Podszczypywanie sutków.
?????????
(śmiech położnych)
Czyli jednak zadzwonić po męża?
A gdzie tam! Sama da sobie pani radę!

.

Głupie, co nie? 

Jakiś stary wariat, pomyślałam. Sądząc po minach położnych, to one też były podobnego zdania. Wróciłam na salę, gdzie akurat mojej współlokatorki chwilowo nie było i biłam się z myślami. Robić to czy nie robić? Aaa, srał go pies! Co mam do stracenia? Przecież nie zaszkodzi… Jeśli właśnie zaczęłaś sobie wyobrażać, jak to wyglądało, to powinnam zacząć informować czytelników, że ten blog jest od lat 18 ze względu na pornograficzne treści. Domyślam się, że masz taką samą minę, jak moja współlokatorka, która niby kiwała głową, że rozumie i się zgadza, ale w głębi duszy na pewno myślała sobie coś zgoła innego… Schodzimy na ziemię, kochana!

Nie wiem, czy to szczypanie faktycznie pomogło, czy przypadek tak akurat chciał, bo zaczęłam odczuwać niewielkie skurcze… Szczypałam więc dalej! Skurcze przybierały na sile bardzo szybko i stawały się coraz częstsze. Zakomunikowałam to położnej, która wpadła jak burza do naszej sali, by zmierzyć nam ciśnienie. Poleciła mierzyć częstotliwość skurczy stoperem w telefonie i obserwować dalej rozwój sytuacji. Do tego zaprowadziła mnie pod prysznic, gdzie miałam oblewać brzuch ciepłą wodą przez 15 minut. Grzecznie posłuchałam…

Skurcze nie odpuszczały, wręcz przeciwnie! 

Pamiętałam z czasów mojego pierwszego porodu (a było to trochę ponad dwa lata wcześniej), że znieść ból pomagało mi “baunsowanie” w pozycji kucającej. Wykorzystałam zdobyte doświadczenie i bujałam się koło łóżka, czym również musiałam wprawić moją towarzyszkę w zdziwienie. Pomyślałam: może to rozchodzę? i chodziłam po korytarzu tam i z powrotem, co jakiś czas przykucając obok kaloryfera. Położna też wędrowała z jakimiś papierami to w jedną, to w drugą stronę. Za którymś razem przystanęła koło mnie (akurat jak męczył mnie skurcz) i zapytała, czy wszystko w porządku? Co za durne pytanie! A wygląda, jakby było w porządku? Oczywiście wydusiłam z siebie trochę grzeczniejszą odpowiedź. Proszę podejść do gabinetu, zbadamy panią. Który to już raz dzisiaj?

Usiadłam na fotelu, położna włożyła rękę w moje krocze, wyjęła i zapytała, czy zgodzę się na to, by studentka mnie zbadała w ramach praktyki. Jasne! Niech się dziewczyna uczy! Młoda włożyła swoją rękę i spojrzała na położną z niewyraźną miną. I co? – zapytała ją położna – Co czujesz? Chwila zawahania… Główkę czuję. Po czym zwróciła się do mnie: Proszę spakować swoje rzeczy, przenosimy panią na salę porodową. Wygląda na to, że jeszcze dzisiaj pani urodzi…

Jaja jak berety! 

Nie miałam zbyt wiele do pakowania, bo też i nie zdążyłam się jeszcze dobrze rozpakować. Idąc korytarzem usłyszałam: Proszę do męża dzwonić, żeby się spieszył! Dopiero co wrócili ze zwiedzania, więc nawet niczego nie jadł, wsiadł od razu w auto i przyjechał. Byłam już na sali porodowej, gdy wparował (szybciej niż przypuszczałam) przebrany w niebieski fartuch, gotowy do porodu! Było chwilę po godzinie 17:00, a przypomnę, że rano tego samego dnia przyjęli mnie na oddział bez żadnych oznak, że coś w najbliższym czasie z tego będzie. Teraz to się dopiero zacznie! Ale o tym w następnym odcinku…

Czytaj: „CHYBA RODZĘ”, czyli mój pierwszy raz na porodówce
Czytaj: Wspomnienia z cesarki
Polub fanpage: https://www.facebook.com/wspomnieniajakzbajki/

Jak udostępnisz ten wpis, to kupię Ci kucyka ;)

Dodaj komentarz