koniec-bloga-ostatnie-pozegnanie

Koniec bloga. Ostatnie pożegnanie.

Tytuł wpisu właściwie mówi sam za siebie. Miałam nic więcej nie dodawać, tylko zwyczajnie zniknąć. Tak robią inni blogerzy, którym “nie poszło”. Ale ponieważ na samym początku bloga założyłam sobie, że za żadne Chiny świata nie będę taka jak inni, to muszę się wyłamać i tym razem… 

Po co mi to było?

Dobrze wiedziałam po co! Nie kryje się za tym żadna szalona historia, choć teraz fajnie byłoby taką przytoczyć. Niestety, Wspomnienia jak z bajki swoje początki mają wyjątkowo nudne… Kompletnie przypadkowo natknęłam się na fejsie na wpis pochodzący z jednego z blogów parentingowych (nie cierpię tego określenia!). Nawet nie pamiętam jego nazwy, ani o czym był artykuł. W oczy rzuciła mi się liczba lajków pod postem. Była gigantyczna! Muszę koniecznie zaznaczyć, że NIGDY wcześniej nie czytałam żadnego bloga. Bo i po co? Ale tym razem kliknęłam w link i przekierowało mnie na stronę tejże fit-matki-blogerki. Głupia ciekawość, o co tyle krzyku? 

Nie przeczytałam do końca. Nie dałam rady. Przez pierwsze dwa akapity miałam nadzieję na coś porywającego (w końcu tłum żywo komentował). Gdzieś bliżej połowy kapnęłam się, że zasypiam. Miałam już swoje dzieci na głowie, a że mąż był akurat w robocie, to o drzemce w ciągu dnia mogłam co najwyżej pomarzyć. Podobnie jak o wielu innych rzeczach, ale jak czytałaś moje dotychczasowe wpisy i jesteś mamą (a raczej na pewno jesteś), to doskonale wiesz o co mi chodzi. 

Wracając do tematu… 

Uciekłam z tamtego bloga prawie tak szybko, jak moja najmłodsza latorośl gdy zauważę, że trzyma w ręku kredkę i kieruje się w stronę naszej sypialni, a ja wołam za nią: Wracaj mi tu natychmiast z tą kredką! Wtedy ona odpala turbo napęd i znika w tumanach kurzu. Dokładnie tak samo zrobiłam. Z tą różnicą, że mnie nikt nie gonił – na całe szczęście! Gdzie była logika tych wszystkich lajków? Nie dawało mi to spokoju…

Kojarzysz taką sytuację, kiedy szukasz w necie smoczka dla swojego szkraba, a przez kolejny tydzień na wszystkich możliwych banerach internetowych widzisz tylko smoczki? Zastanawiasz się wtedy, jakim cudem producenci smoczków zhakowali Twojego smartfona. Cóż, nie ma w tym żadnej magii… Tak działa współczesny internet, a ta “wszechwiedząca siła” fachowo określana jest mianem remarketingu.

Zmierzam do tego, że od tamtej nieopatrznej wizyty na blogu parentingowym (nie cierpię tej nazwy!) zaczęły mi wyskakiwać posty innych podobnych blogów dla matek (wspomniany już remarketing). Dzisiaj nie umiem odpowiedzieć na pytanie, co mnie do tego podkusiło, ale klikałam w te linki jeden za drugim.

Otwierały się artykuły na bardzo różne tematy związane z macierzyństwem i dziećmi. Najwięcej było “złotych rad” odnośnie wychowywania (sic!), które nijak się miały do mojej rzeczywistości. To wszystko oprawione w piękne zdjęcia pięknych dzieci i jeszcze piękniejszych matek na tle lśniącego mieszkania albo wymarzonego ogrodu. Po prostu bajka! Z kolei sposób w jaki większość z nich była pisana dla mnie osobiście był nie do zniesienia. Ale ludzie to komentowali… Wprawdzie wypowiadali się w podobnie nudnym tonie co autorka, ale jednak komentowali… 

WOW

I wtedy wpadłam na bloga Krystyno, nie denerwuj matki, gdzie po raz pierwszy przeczytałam cały tekst od początku do końca, niemalże jednym tchem. Nie ze wszystkim się zgadzałam i momentami raził mnie wulgarny język, ale w końcu było to coś prawdziwego, co wywoływało we mnie jakieś emocje. Tam nie było bajki… Była babka z krwi i kości (podobna do tych, które mijam każdego dnia na ulicy). Były dzieci uśmiechnięte, szczęśliwe i… brudne! W tle mieszkanie wyglądające jak moje, czyli wszechobecny bałagan, który ani myśli się wyprowadzić. Samo życie! 

A teksty? Ach, to dopiero była bajka! Full emocji, szczerości, wzruszenia, czasem pozytyw, czasem negatyw – jak to w życiu bywa… Niestety wygląd tego bloga od tamtej pory się zmienił (na gorsze), a i dawne wpisy autorka usunęła (nie wnikam dlaczego, ale szkoda). W mojej opowieści najważniejszy jest fakt, że to właśnie wtedy narodził się pomysł…

Pomysł na bloga

No bo skoro jakaś matka może pisać szczerze o tym, co ją uwiera i bez wahania podpisują się pod tym inne matki, które czują podobnie, to ja też tak mogę! Moje macierzyństwo było wtedy (i pewnie dalej jest) na bardzo kiepskim poziomie: nieprzespane noce, wkurzające dzieci – kochane dzieci, wkurzający mąż – kochany mąż (takie huśtawki), w kółko tylko “mamo, mamo, mamo” (jakby inne słowa ktoś wymazał ze słownika), cały dom na mojej głowie, i tak dalej… Wiem, że znasz to bardzo dobrze! Wiem też, że często myślisz, że tylko Ty nie ogarniasz… Ja dokładnie tak myślałam o sobie!

Właśnie dlatego kompletnie nie przekonały mnie fit-matki-blogerki w lśniących legginsach doradzające, czym karmić niemowlaka po 6 miesiącu życia. No ludzie! Może intencje miały dobre, ale jak ja na zdjęciu widzę wypucowane bobo w wyprasowanym gajerku, które na bank niczego nie jadło, bo do sesji musiało być czyste, to mi już samo to zdjęcie kłóci się z poruszanym tematem jedzenia. Czepiam się, to prawda! 

Ale zauważ, że wcale nie wypominam braku kompetencji fit-matki-blogerki, która urodziła jedno bobo i ma czelność pouczać inne matki, czym karmić niemowlaka po 6 miesiącu życia. A jednak wypominam… Ups! Tak czy siak, to co one wypisywały na swoich blogach (zresztą do dzisiaj wypisują) mijało się z moją prawdą. Może ich macierzyństwo tak wygląda – nie twierdzę, że nie (w głębi duszy trochę zazdroszczę – albo i NIE!). Moje wyglądało zupełnie inaczej… 

Po lekturze Krystyno nie denerwuj matki pomyślałam: Ja też tak chcę! Pokażę innym mamuśkom, że nie są same w swojej niedoli (jakkolwiek depresyjnie to nie brzmi). Prawdziwe macierzyństwo musi ujrzeć światło dzienne! Ja się nie wstydzę, jestem odważna, a do tego uwielbiam pisać! To kto mi zabroni? Nie będzie wiało nudą. Dopilnuję, by moje teksty były zabawne i wciągające, lekkie i miłe w czytaniu. Na pewno nikomu nie pozwolę zasnąć!

No i zaczęłam pisać…

Pierwsze teksty powstawały bardzo mozolnie, w iście mrówczym tempie. Szybko pojęłam, że nie jest to takie proste jak zakładałam, że będzie. Moje wrodzone dążenie do perfekcji tylko utrudniało sprawę. Czy wiesz, że pierwszy wpis jaki pojawił się na tym blogu “Witaj w moim bajecznym świecie” pisałam przez jakiś miesiąc? Naprawdę! Co chwilę go zmieniałam, bo nie mogłam się zdecydować, jaki obrać kierunek tematyczny. Nie mogłam przecież pisać tylko o tym, jak jest mi źle i pytać Ciebie, czy też masz tak źle jak ja… Kółko wzajemnej depresji! 

Musisz wiedzieć, że jeszcze rok temu czułam się jako matka fatalnie! W ogóle jako człowiek czułam się bardzo kiepsko… Miałam trójkę małych dzieci (to się w sumie nie zmieniło), różnica wieku niewielka (najstarsza pięciolatka, średnia trzylatka, najmłodsza niespełna dwulatka). Od pięciu lat w domu (ciąża, macierzyński, ciąża, macierzyński, ciąża, macierzyński i tak w kółko), z dosłownie minimalnym kontaktem z innymi dorosłymi osobnikami. Babcie, dziadkowie, ciocie, wujkowie i wszyscy święci na drugim końcu Polski. Nie miałam możliwości podrzucić komuś dzieci na godzinkę lub dwie, by odpocząć albo w spokoju załatwić jakąś sprawę w urzędzie. Wszystko było (i dzisiaj też jest) dopasowywane pod dzieci. 

Czekam na sierpień jak na zbawienie, bo najmłodsza pójdzie wtedy do przedszkola i w końcu od bardzo długiego czasu zostanę sama w domu choćby na pół dnia. Wiem, że takich dni będzie później mnóstwo, ale ja czekam na ten pierwszy! Możesz mnie wyzwać od matek-patolusek, śmiało! Na samym dole jest miejsce na komentarz! Ale jeśli nie jesteś w mojej skórze, ani nie jesteś w analogicznej sytuacji do mojej, to lepiej zamilcz!

Lek na całe zło

Wielokrotnie słyszałam pod swoim adresem teksty w stylu: “Sylwana, ja cię podziwiam! Nie wiem jak ty dajesz radę!” albo “Wiesz, jak jest mi źle i zaczynam narzekać, to myślę wtedy o tobie, że ty masz tyle dzieci i musisz to ogarniać – od razu mi lepiej.”  No po prostu świetnie! Mi też od razu “lepiej”, jak takie coś słyszę… Lepiej, ale się pochlastać! 

Nie będę ukrywać, że wylewanie smutków i żali na wirtualną kartkę bardzo mi pomogło przetrwać ten trudny okres w moim życiu. Jeśli też się z czymś borykasz (czy to w sferze rodzinnej, zawodowej czy jakiejkolwiek innej), to pisanie naprawdę ma działanie terapeutyczne. Nie musisz od razu zakładać bloga i opowiadać publicznie o swoich bolączkach. Zrób to jak za dawnych dobrych czasów w sekrecie, czyli “Drogi Pamiętniczku…” – gwarantuję lepsze samopoczucie po takiej pisemnej spowiedzi 🙂

Terapia psychologiczna (na którą nie stać mnie w realu) to był niejako efekt uboczny pisania bloga. Moje założenia były z kolei takie (pisałam o nich na tej stronie): “Wpisy, które niebawem się tutaj pojawią będą krążyć gdzieś pomiędzy: „Jestem beznadziejną matką, nie patrzcie na mnie!” a „Jestem super matką, klękajcie narody!” Nie zabraknie też moich osobistych wspomnień (w końcu nazwa bloga zobowiązuje!), a i na męża na pewno sobie ponarzekam… Wprawdzie póki co jest grzeczny i jak to się mówi „ogarnia gnojowisko”, ale dobrze wiemy, że to tylko kwestia czasu, kiedy puści bąka w nieodpowiednim momencie (jestem czujna).”

Doradzanie zdecydowanie NIE

Jednocześnie wiedziałam, że nie chcę nikomu doradzać, jak ma wychowywać swoje dzieci, bo ja ledwo z własnymi sobie radzę! Nie studiowałam macierzyństwa. Nie mam żadnych certyfikatów z ukończonych kursów w tym temacie. Wiem tyle, co sama doświadczyłam, a i nauka na własnych błędach kiepsko mi wychodzi. Po każdym wybuchu złości obiecuję sobie, że to się więcej nie powtórzy, a i tak się powtarza… Wyrzuty sumienia zjadają mnie przez kilka dni i co z tego? Jajco! Teraz też siedzę przed komputerem i piszę, zamiast być na placu zabaw z dziećmi. Taka ze mnie matka od siedmiu boleści… Owszem, mogę dać Ci “złote rady” w stylu: “Bądź cierpliwa” i “Spędzaj więcej czasu ze swoimi dziećmi”, ale hipokryzja zwyczajnie jest mi obca. 

Zamiast tego ODCHODZĘ

Trochę się rozpisałam z tym pożegnaniem… Wspominałam już, że uwielbiam pisać? Jasne, że tak! Szkoda tylko, że tak mało mam chce to czytać… Facebook tnie zasięgi fanpage’y już od dłuższego czasu. Co z tego, że obserwuje mnie kilka tysięcy osób, jak moje posty trafiają ledwie do garstki z nich? Nie ma lajków, nie ma komentarzy, nie ma udostępnień, czyli nic nie warte treści… Wkładam całe serce we wpisy na tym blogu, zadaję pytania, próbuję zmusić Cię do reakcji i co? Cisza. Zero komentarzy. Zero reakcji. Dla mnie to tylko jeden sygnał – NIC NIE WARTE TREŚCI.

Na sam koniec pozwolę sobie dać Ci jedną ostatnią radę – kto mi zabroni? Jeśli natkniesz się w sieci na blogerkę/blogera/kogokolwiek, kto przykuje Twoją uwagę – nie bądź obojętna! Zdaję sobie sprawę, że Twój czas jest cenny i poświęcanie go na pisanie komuś komentarzy jest sporym wyrzeczeniem… Ale zastanów się, ile czasu ta osoba poświęciła na przygotowanie tekstu, oprawienie go, wrzucenie na bloga… Zrobiła to dla Ciebie! Możesz się odwdzięczyć pisząc banalne: “dobry tekst” i tyle. Naprawdę tyle wystarczy, by dać komuś znać, że jego praca jest coś warta i kogoś zaciekawiła. Nie jest to chyba takie trudne, prawda? 

Ja właśnie w tej chwili mam zamiar zrobić rachunek sumienia. Blog Krystyno nie denerwuj matki wywołał we mnie niemałe emocje. Przeczytałam artykuł i zwyczajnie sobie poszłam. Bez komentarza. Bez żadnej widocznej dla autorki bloga reakcji. Dzisiaj to naprawię, bo na własnej skórze przekonałam się, jakie to ważne dla twórcy treści w internecie. Nie popełniaj proszę tego błędu! 

Na sam koniec kilka słów do moich nielicznych Czytelniczek

Kochane Bajeczne! Z Wami najciężej jest mi się rozstawać! Chociaż nigdy nie spotkałyśmy się na żywo i nie porozmawiałyśmy “jak ludzie”, to chcę, żebyście wiedziały, jak bardzo jesteście mi bliskie! Podczas gdy to ja myślałam, że Wam w jakiś sposób pomogę, to tak naprawdę Wy pomagałyście mi! Wystarczyło tylko, że wpadłam na chwilę do naszej grupy Bajeczny Świat Mamusiek i zerknęłam na Wasze posty i komentarze pod nimi. Uśmiech na mojej gębie pojawiał się od razu! To była dla mnie czysta przyjemność gościć Was w moim bajecznym świecie! 

Pamiętajcie! 
Jesteście dzielne! 
Jesteście silne! 
Jesteście najlepsze! 
Jesteście Bajeczne Mamuśki!

Jak udostępnisz ten wpis, to kupię Ci kucyka ;)

7 komentarzy

Dodaj komentarz