jak-tatus-znalazl-wymarzone-przedszkole

Jak tatuś znalazł wymarzone przedszkole

To był marzec. Dokładnie trzy lata temu. Moja pierworodna obchodziła swoje trzecie urodziny. Do tej pory “siedziała” ze mną w domu. Nie miałam serca oddawać jej do żłobka. W końcu to pierwsze dziecko, na które zwykle chucha się i dmucha… A że ja i tak “siedziałam” w domu na macierzyńskim z naszą drugą córką, to nic nas nie nagliło. Szczerze mówiąc to do przedszkola też nie chciałam jej jeszcze posyłać… Ale że mój mąż ma coś do powiedzenia w kwestii naszych dzieci, to decyzja o przedszkolu od września zapadła (czy tego chciałam, czy nie). Wtórowała mu jego teściowa (czyli moja mama), która czujnym okiem dostrzegła ciągoty Arii w stronę innych dzieci na placu zabaw (wszystko w zdrowych granicach, oczywiście). W końcu i ja musiałam to otwarcie przyznać – moje dziecko potrzebowało kontaktu z rówieśnikami. Powoli zbliżał się “ten czas”… 

Przedszkole publiczne

W naszej okolicy funkcjonuje jedno publiczne przedszkole. Jedno! Nowopowstałych osiedli z młodymi rodzinami jest za to w ciul, także dostać się do tego przedszkola graniczy z cudem… Pechowo trafiliśmy na okres, kiedy następowała “dobra zmiana” w systemie edukacji. Wszystkie sześciolatki, które normalnie poszłyby do pierwszej klasy, musiały zostać w przedszkolu na kolejny rok. Nie wiem czy w tamtym okresie w ogóle kogokolwiek przyjęli do przedszkola publicznego… Mojego dziecka na pewno nie! Złożyliśmy wprawdzie wszystkie niezbędne dokumenty, ale że jesteśmy w pełni sprawni i nie dysponujemy “żółtymi papierami” na zawołanie, to nie zgarnęliśmy kilku ważnych punktów w procesie rekrutacji. Publiczne przedszkole nie było dla nas, z czego dzisiaj bardzo się cieszę!

Przedszkole prywatne

Skoro z publicznymi placówkami jest u nas krucho, to siłą rzeczy prywatne przedszkola wyrosły jak grzyby po deszczu. W końcu te wszystkie młode rodziny z pobliskich osiedli gdzieś swoje pociechy zostawić muszą… Nie wiem co ja sobie myślałam… Że jak coś w nazwie ma “prywatne”, to czeka na mnie z otwartymi ramionami jak dentysta czy ginekolog? O ile wcale nie zdziwiło mnie, że publiczne przedszkole wypięło na nas dupę tyłek, to sądziłam, że z prywatnym problemu już nie będzie. Przecież tyle ich jest dookoła…

Zadzwoniłam więc do najbliższego. I znowu nie wiem co ja sobie myślałam… Wydawało mi się, że kobieta po drugiej stronie słuchawki wyśmieje mnie, że dzwonię tak szybko (w marcu), by zapisać dziecko do przedszkola od września. Ona owszem – wyśmiała mnie – ale dlatego, że dzwonię tak późno! Dowiedziałam się, że lista chętnych dzieci do grupy trzylatków jest już pełna, a do tego na liście rezerwowych zapisanych ma 20 kolejnych maluchów! Oczywiście może dopisać moje dziecko jako numer 21, ale wszystkie dzieciaki z listy głównej musiałyby zrezygnować, plus spora część z listy rezerwowej, także tego… 

Tatuś chce, to niech sobie szuka!

Wkurzyłam się niemiłosiernie! Bo skąd (do jasnej Anielki!) miałam wiedzieć, że powinnam wpisać dziecko na listę chętnych do przedszkola zaraz po porodzie? Ktoś mógł mi łaskawie na wyjściu ze szpitala to zasugerować… Dzisiaj pamiętam, że jak wychodziłam z noworodkiem pod pachą, to każdy odwracał głowę i udawał, że nas nie widzi… Coś mi się wydaje, że nie tylko o tym zapomnieli mnie poinformować :/ Teraz to już po ptakach! Jest marzec, a przedszkola jak nie było, tak nie ma… Moja frustracja musiała znaleźć gdzieś ujście, a że pod ręką był tylko tatuś, to rykoszetem mu się nieco oberwało. Bo skoro tak bardzo nalegał, by już pozbyć się dziecka z domu, to niech sobie teraz szuka i dzwoni i prosi i błaga, żeby gdzieś jego córeczkę przyjęli. Ja na pewno nie będę tego robić! Tak się wtedy wkurzyłam, że dzisiaj po trzech latach czuję w dalszym ciągu smród tamtych negatywnych emocji. 

.

Znalezione, nie kradzione!

Tatuś też wkurzył się niemiłosiernie! Tylko że na mamusię, która kazała mu szukać i dzwonić i prosić i błagać… Bo przecież niepisany kodeks macierzyński nakłada na matkę wszystkie o kant dupy rozbić obowiązki, w tym poszukiwanie przedszkola. Trzeba mu jednak przyznać, że przyjął nowe wyzwanie na klatę i marudził tylko dwa dni (a nie cały okrągły tydzień, jak to faceci mają w zwyczaju). Wykonał kilka telefonów i już nazajutrz mieliśmy zaplanowane tournee po okolicznych przedszkolach. Wszędzie słyszeliśmy to samo: “Możemy Państwa zapisać na listę rezerwowych.” Doznałam olśnienia! Rodzice zapisywali swoje dzieci do stu różnych placówek jednocześnie i robili sztuczny tłok (trochę tak jak do lekarza specjalisty na NFZ). Tylko jedno przedszkole odpowiedziało, że ma wolne miejsce, ale nazwa tego przedszkola kompletnie nic nam nie mówiła…

Przedszkole Montessori

Żałuj, że nie widziałaś miny dyrektorki przedszkola jak na pytanie, czy orientujemy się, na czym polega metoda nauczania Montessori, oboje z mężem pokiwaliśmy przecząco głowami. To było coś w stylu: “to co wy tu k*rwa robicie?”, tylko bardziej cenzuralnie… Grzecznie oprowadziła nas po przedszkolnym przybytku i opowiedziała mniej więcej, o co w tym wszystkim chodzi… Ja się zakochałam! Nie w dyrektorce, tylko w przedszkolu, rzecz jasna! Bo choć nie mieliśmy pojęcia, co to jest to całe Montessori, to okazało się, że jesteśmy wyznawcami podobnej metody wychowawczej. To wszystko praktykowaliśmy w domu, nie wiedząc nawet, że ktoś już wcześniej wpadł na taki genialny pomysł… a tym kimś była pani Maria Montessori 🙂 

Kilka dni temu podpisaliśmy umowę o świadczenie usług edukacyjnych dla naszej trzeciej córki. Hip hip, hura! Swoją przygodę z przedszkolem rozpocznie od sierpnia. Czekamy na to jak na zbawienie! Kalendarz nawet kupiłam, żeby dni odliczać! Czego to my nie zrobimy, jak pozbędziemy się całej trójki z domu… Kino, plaża, długi spacer, seks, poobiednia drzemka, a to wszystko zaraz w pierwszy dzień wolności! Bylebyśmy tylko kolejnego dziecka sobie nie zrobili…

Czytaj: Dlaczego ojciec nie powinien pomagać matce przy dziecku?
Czytaj: Wyrodni starzy, czyli zbiór rodzicielskich kompromitacji
Polub fanpage: https://www.facebook.com/wspomnieniajakzbajki/

Jak udostępnisz ten wpis, to kupię Ci kucyka ;)

Dodaj komentarz