zbior-rodzicielskich-kompromitacji

Wyrodni starzy, czyli zbiór rodzicielskich kompromitacji

Tak sobie myślę, że anioł stróż moich dzieci to ma przekichaną fuchę… Ja mu naprawdę szczerze współczuję! Dlaczego? Bo musi non stop pilnować tej mojej nieobliczalnej trójki, oka z nich nie spuszczać. A chwila! To moje zadanie! Jego misja jest bardziej skomplikowana, żeby nie powiedzieć: patowa. I jak Boga kocham, jak będzie mi dane spotkać go na tamtym świecie, to już od progu zacznę się kajać i gorąco przepraszać za własne czyny (a i za czyny męża przeproszę), bo sprawiamy mu nie lada pasztet… I Ty (mamusiu i tatusiu, co to czytasz) też będziesz przepraszać anioła stróża swoich dzieci! Bo najwięcej harówy ma on chroniąc je przed nami samymi, rodzicami…

Do odważnych świat należy!

Zanim obnażę się przed Tobą (w szczytnym celu, rzecz jasna!) z moich niechlubnych poczynań w roli matki, będę mieć do Ciebie ogromną prośbę: wstrzymaj się z donosem na mnie do opieki społecznej, przynajmniej do końca tego wpisu… A tak zupełnie serio, chciałabym ośmielić inne mamy (w tym także Ciebie) do wyjawienia całej prawdy i tylko prawdy na temat tego całego macierzyństwa, o którym zwykło się mówić jak o denacie: albo dobrze albo wcale. Być może znajdzie się nawet jakiś odważny tatuś, który swoim wyznaniem poruszy wrażliwe serca mamusiek: mój stary to by się do tego nigdy nie przyznał. Przy pomocy komentarzy (na końcu wpisu, jakby ktoś nie mógł znaleźć) wspólnie stwórzmy WIEKOPOMNY ZBIÓR RODZICIELSKICH KOMPROMITACJI.

Scena jest moja…

Jako że to mój Bajeczny Świat (niech ta nazwa, broń Boże! Cię nie zwiedzie), pierwsza zamierzam uderzyć się w piersi. Już raz to zrobiłam przy okazji wpisu Obiecanki cacanki przyszłej matki – moje TOP 5 (BEZ CENZURY). Ostrzegam, że i tym razem nie będzie ani bajecznie, ani przyjemnie. Przy trójce dzieci pole do popisu mam dosyć spore. Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie przysiąc, że trzy razy wypuścili mnie ze szpitala z małym człowiekiem bez żadnej instrukcji obsługi. Kazali tylko karmić, kąpać i przewijać. Odrobinę pociesza mnie fakt, że nie jestem orędowniczką tych porażek sama. Dzielnie towarzyszy mi mój mąż, ojciec wspomnianej gromadki. Można by rzec, że idziemy na dno razem…

Bezcenna fotka za wszelką cenę

Skoro wywołałam tatusia do tablicy, to proszę bardzo… Cofnijmy się w czasie do roku 2016. Nasza pierworodna była na takim etapie rozwoju, że próbowała wchodzić wszędzie, gdzie tylko się dało (a nawet tam, gdzie się nie dało). Powoli zaczynaliśmy tęsknić za bezwładnym niemowlakiem, którego bite trzy godziny fascynował biały sufit w salonie. Odkrywaliśmy znaczenie słów „rodzicielski paradoks”, kiedy to rodzice wypatrują z utęsknieniem momentów, jak ich maluch zacznie samodzielnie chodzić, mówić i tak dalej, by później żałować, że nastąpiło to tak szybko. Wszyscy to znamy…

Wyłażenie na kanapę opanowała do perfekcji. Nic, tylko się cieszyć, prawda? Otóż NIE! Wszystko dlatego, że roczne dziecko wyznaje zasadę „hulaj dusza, piekła nie ma”. Bezpieczeństwo i grawitacja to pojęcia równie abstrakcyjne, co sen w nocy i uśmiech do zdjęcia. A skoro o zdjęciach mowa… Kiedy nasz mały skrzat wgramolił się triumfalnie na oparcie kanapy i tak sobie dyndał w najlepsze, kochany tatuś (niech nikt nie bierze z niego przykładu!) zawołał do mnie: „Szybko, rób zdjęcie!”

Moje serce zamarło. To było nasze jedyne ukochane dziecko, które wisiało głową w dół nad półmetrową przepaścią zakończoną dwiema poduszkami, a ja (zamiast słuchać instynktu i je ratować) mam iść po aparat, by sfotografować tą makabryczną scenę?! „Przecież jestem obok, złapię ją jak będzie spad…” – nie zdążył dokończyć zdania, jak mała fiknęła głową na podłogę, omijając miękkie poduchy (oczywiście!), bo jakżeby inaczej? A wyrodna matka (niech nikt nie bierze z niej przykładu!) zdążyła uwiecznić ten moment na zdjęciu:

(Nie)zawodna pamięć

Powiadają, że przy drugim dziecku wszystko jest prostsze… Niby wiesz, czego możesz się spodziewać, bo przecież już raz to robiłaś! No, tak przynajmniej mówią… Nasza historia tym razem toczy się na szpitalnym oddziale położniczym, gdzie pomimo rozerwanego krocza i utykania jak zombi do toalety co dwie godziny, czuję się jak ludzki odpowiednik męskiego pawia. W końcu sytuacja tego wymaga… Dzielę salę z dwiema przestraszonymi owieczkami, które pierwszy raz w życiu widzą nowonarodzone dzidziusie na żywo (i na dodatek to ich własne dzidziusie!). W tym towarzystwie jestem doświadczoną matką (ha ha ha), doradzam, uspokajam i trochę współczuję, bo one myślą, że najgorsze już za nimi…

Muszę Ci się przyznać, że jak sama dostałam w ramiona tą małą kruszynkę, to przeraziłam się nie na żarty… Takie malutkie rączki i nóżki, zaropiałe oczka, no dosłownie bezbronny kurczaczek (a i tak z wagą urodzeniową 4700 g wśród innych maluszków na oddziale moje wyglądało jak bydlę). Co z tego, że już raz przez to wszystko przechodziłam? Kompletnie wyszłam z wprawy!  Niby nie ma zbyt wiele do roboty, bo przecież noworodki tylko śpią, ciągną cyca i robią kupki… Kupki?! Cholera! „Doświadczona matka” zapomniała, że wypadałoby przebrać dziecku pieluchę! Od narodzin minęło pół dnia i cała noc, a rano to już tylko wstyd na obchodzie noworodkowym… Trzy dni gryzło mnie sumienie!

Nawet tatusia pamięć zawodzi

Trzecie dziecko to już wychowuje się samo!” – i tutaj zgodzę się w stu procentach. Wypadałoby jednak dodać, że dzieje się tak dlatego, że rodzice zwyczajnie nie ogarniają kuwety, w której liczba osobników dziecięcych przewyższa liczbę osobników dorosłych. „O co tyle krzyku? Przecież to tylko jedno dziecko więcej…” Policzkuję bez ostrzeżenia każdego, kto tak do mnie powie! O różnicach między dwójką a trójką wysmaruję jakiś tekścik na pewno! Już dziś zapisz się na Bajeczny Newsletter, co by tego nie przegapić:

.

To co bez wątpienia się zmienia, to szybsze opróżnianie lodówki i częstsze wizyty w dyskoncie spożywczym. Samo wyprawienie się na zakupy zaczynamy zaraz po śniadaniu, żeby po obiedzie być gotowym do wyjścia. Nie inaczej było i tym razem… Po kilkunastominutowej zażartej debacie na temat założenia właściwego obuwia, odpowiedniego do warunków atmosferycznych, cała ferajna wreszcie była wyszykowana jak świta króla na polowanie. Do ogłoszenia pełnego sukcesu jednak daleka droga…

Każde wyjście z domu pięcioosobowej rodziny jest jak wyprawa cygańskim taborem w nieznane. Trzeba zabrać wszystko, by być przygotowanym na wszystko! Tu nie ma miejsca na błędy. Najważniejszy jest zapas pieluch i jeszcze zapas na zapas, gdyby jednak zabrakło. Jak dobrze, że torba na dziecięce bibeloty nie ma dna! Wszystko spakowane, wszyscy ubrani, jeszcze tylko wózek z osiedlowej wózkarni i można się swobodnie toczyć w stronę auta… Stop! „A gdzie jest dzidzia?” Tatuś wychodził ostatni, zadowolony zamknął za sobą drzwi i nie zauważył dziecka w foteliku na środku salonu. Wstyd i hańba! Potem tłumaczył się, że było tak cicho, że myślał, że ja ją zabrałam… Oj, nieładnie…

Klasyka gatunku

To, że dzieci nagminnie skądś spadają i myślą, że grawitacja ich nie dotyczy, jest powszechnie wiadome. Pewnie i Twoje dziecko nie raz spadło z łóżka czy kanapy (moje całkiem niedawno, bo kilka akapitów temu). Ta historia będzie jednak trochę inna… Miejsce akcji: sypialnia. Pora dnia: noc (hmm ???), a ściślej rzecz ujmując: środek ciemnej nocy. Mąż w pracy, zostałam sama na placu boju. Normalnie wszyscy śpią jak ludzie. Wszyscy, tylko nie moje dzieci…

Najstarsza budzi się, bo ma złe sny (zapamiętać: bajki o smokach przed snem dla czterolatki to niezbyt mądry pomysł). Boję się myśleć, o czym śni średnia, bo wydziera się przez sen jakby jej ktoś obcinał… paznokcie! Gdy tylko wchodzę do pokoju, to jak ręką odjął się uspokaja i chyba udaje, że śpi. Powoli zaczynam myśleć, że robi to specjalnie. Odegram się na niej w dzień i zbudzę ją z drzemki 10 minut przed czasem! Najmniej pretensji mam do najmłodszej, choć paradoksalnie wstaję do niej najwięcej razy. Cycusia nie odmawiam. Dziecku, oczywiście!

Po kilkudziesięciu pobudkach (czuję się jakby ich było kilkaset), w końcu zasypiam snem głębokim na ostatnie trzy godziny przed ostateczną pobudką, jaką zgotują mi te małe mendy przed godziną 6:00. To co dzieje się gdzieś „pomiędzy”, pamiętam jak przez mgłę. Jakie jest moje zdziwienie, kiedy schodząc rano z łóżka moje stopy napotykają jakiś niezidentyfikowany obiekt leżący na podłodze… Zawał serca! Wkładam zapałki pod powieki i mija spora chwila zanim rozpoznaję swoją własną córkę (najstarszą). Pomimo ociemniałego umysłu z uwagi na nieludzką porę dnia, wszystko staje się jasne: wgramoliła się pod moją ciepłą i bezpieczną kołderkę, bo złe sny nie dawały za wygraną, ale tak się wierciła, że spadła. Tej części nawet ona nie pamięta, co pomimo niezbyt fortunnej sytuacji, stawia mnie jako matkę w odrobinę lepszym świetle.

Każdy orze jak może

Kto ma dziecko w przedszkolu, ten doskonale wie, że informacje na temat przeróżnych uroczystości przedszkolnych docierają do rodziców zdecydowanie za późno. Być może przeczyta to jakaś pani przedszkolanka i przy kolejnej okazji zlituje się nad biednymi matkami (bo przecież tatusiowie od takich spraw umywają ręce). Pół biedy, jeśli przedszkole ma odwiedzić prezydent albo Majka Jeżowska. Sukienka czy kawałek białej koszuli znajdzie się chyba w każdej dziecięcej szafie. Najwięcej stresu przedszkole funduje rodzicom zawiadomieniem o balu przebierańców.

Ja naprawdę wiele potrafię zrozumieć… Zwykle przymykam oko na czyjeś drobne niedopatrzenia… Ciężko wyprowadzić mnie z równowagi… ale wysyłać maile z wiadomością, że przedszkole organizuje bal przebierańców na niecałe trzy dni przed tym balem jest niepoważne. Komuś ewidentnie zabrakło wyobraźni. Temat przewodni: „środowisko wodne” – tu z kolei czyjaś fantazja popłynęła za daleko.

Jak już nieco emocje opadły, uruchomiłam wszystkie możliwe szare komórki. Od razu wykluczyłam wycieczkę po sklepach w poszukiwaniu odpowiedniego stroju, bo ani wróżka, ani tym bardziej batman nie urządzają mnie nic a nic! Może kostium syrenki jakimś cudem wisiałby na sklepowym wieszaku? To byłoby coś! Jednak znając moje szczęście, jakaś inna zdesperowana matka właśnie płaci za niego przy kasie… Co tu zrobić? Co tu zrobić? Wiem! Wykonam strój własnoręcznie! Nie będę dłużej się rozpisywać, bo na samo wspomnienie tego „własnoręcznego” stroju popłakałam się ze śmiechu i przez łzy nie widzę, co piszę… Moje dziecko poszło na bal przebrane za ocean, w niebieski worek na śmieci.
Kurtyna w dół.

Narozrabialiśmy…

I zaś Medal Matki Roku przejdzie mi koło nosa… Aj! A już w myślach snułam plany, co zrobię z nagrodą… Nie tym razem! Pasowałoby wyciągnąć z tych wszystkich wpadek jakąś naukę na przyszłość, prawda? Cóż… Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to pogodzenie się z faktem popełniania błędów i przyjmowanie ich na miękko. Gdzieś tam są starzy, którzy odwalili jeszcze bardziej… Koniec końców wszyscy w naszym domu są cali i zdrowi, nawet wyglądają na szczęśliwych. Byle do 18-stki…

Masz odwagę dopisać swoje gorzkie piguły do WIEKOPOMNEGO ZBIORU RODZICIELSKICH KOMPROMITACJI? Scena jest Twoja…

Czytaj: 10 Mamuśkowych zachcianek (złota rybka wymięka)
Czytaj: Tata w toalecie vs. mama w toalecie (trochę śmieszne, trochę przygnębiające)
Polub fanpage: https://www.facebook.com/wspomnieniajakzbajki/

Jak udostępnisz ten wpis, to kupię Ci kucyka ;)

4 komentarze

Dodaj komentarz

Jeśli wpiszesz swój adres email to NIE będzie on widoczny przy Twoim komentarzu. Tylko ja go zobaczę ;)