wspomnienia-z-cesarki

Wspomnienia z cesarki

Nigdy nie chciałam cesarki.
Nigdy jej nie planowałam.
Co było najgorsze?
Co zapamiętałam najbardziej?
Czego żałuję, a komu dziękuję?
Po 4-procentowym piwku wzięło mnie na wspomnienia

Pamiętam, jakby to było wczoraj…

Biała sala, zimna i nieprzyjemna. W pośpiechu nie zarejestrowałam zbyt wielu szczegółów. Skupiona na komendach pielęgniarki służbistki:
Rozebrać się.
Położyć się na stole.
Lewa ręka.
Nie ruszać się.
Mąż za drzwiami grzecznie czeka, choć miał trzymać mnie za rękę. Białe fartuchy wchodzą i wychodzą, latają niczym duchy wokół białego (ale jeszcze tylko przez krótką chwilę) stołu operacyjnego, na którym leży moje ciało, całe nagie. Pewnie w innych okolicznościach czułabym wstyd i upokorzenie tą nagością. Nie mam jednak czasu o tym teraz myśleć. Za chwilę na świat przyjdzie moje pierwsze dziecko

Znieczulenie – o co tyle krzyku?

Monstrualna igła, jakiej świat na oczy nie widział… Głębokie i nieprzyjemne ukłucie w kręgosłup… To w tym momencie coś może pójść nie tak…
A co jeśli nie zadziała?
A co jak się wbije nie w to miejsce, co trzeba?
To może nawet sparaliżować!

Takim strachem karmią nas wszyscy dookoła, włącznie ze szkołą rodzenia (niestety). A jak jest naprawdę? Osobiście igły nie widziałam, więc na temat jej rozmiaru wypowiadać się nie mogę. Czy ukłucie było głębokie? Nie wiem, nie myślałam wtedy o tym… Być może było nieprzyjemne, ale umówmy się – jeśli nie jesteś narkomanem wstrzykującym sobie właśnie amfetaminę, to chyba żadne ukłucie nie będzie dla Ciebie przyjemne. Zresztą mgliście pamiętam ten „przerażający” wiele kobiet moment… W moim przypadku wszystko zadziałało tak jak miało zadziałać. Pełen sukces!

Medal dla pana anestezjologa!

Moje wrażenia z samej operacji są raczej znośne. Cała „impreza” zaczęła się, rzecz jasna, od zaaplikowania w plecy magicznej znieczulającej mikstury, o której napomknęłam już co nieco akapit wyżej. To robota dla anestezjologa. Facet po czterdziestce, mysie włosy, dość reprezentatywny, uśmiechnięty. Z całego cesarskiego cięcia to jego pamiętam najbardziej (czy tak być powinno?). Po wbiciu igły w moje plecy i upewnieniu się, że nie czuję niczego od pasa w dół (świetna robota! by the way), mógł ulokować swoje cztery litery wygodnie w fotelu w rogu sali, odpalić fejsa i czekać na koniec „imprezy”. Zamiast tego usadowił się blisko mojej głowy na… pogaduchy. Nie żartuję! Gadka o dziwo się kleiła, choć okoliczności, w jakich się spotkaliśmy nie były sprzyjające. Pytał, czy imię dla dziecka już wybrane, czym się zajmuje mąż, a czym ja się zajmuję… Nieśmiertelny temat pogody zajął nam oczywiście najwięcej czasu.
Piętnaście minut, bo tyle mniej więcej trwała operacja wydobycia na świat nowego obywatela Ziemi (mojej córki), zleciało mi jak z bicza trzasnął. Wtedy nie wiedziałam, że te gadki-szmatki miały spowodować odwrócenie mojej uwagi. Cóż mogę powiedzieć? Kolejny sukces!

Nic nie boli, ale czuć…

To było chyba moje największe rozczarowanie… Od pasa w dół pełen paraliż, od pasa w górę pełna świadomość. Myśląc „znieczulenie” wyobrażam sobie zwykle absolutny brak bólu i czucia, a tu taka niespodzianka… Boleć – nie bolało, ale czułam większość ruchów skrywanych za zielonym parawanem. Głównie ciągnięcia i gwałtowne szarpnięcia. Z tego wszystkiego chyba najbardziej nieprzyjemne było kulminacyjne „wypychanie” dziecka z mojego rozciętego brzucha. Czułam bezboleśnie każde posunięcie wykonywane przez białe fartuchy. W jednej chwili parawan stał się zbędny, równie dobrze mogłoby go tam nie być… Nawet pogadanki z anestezjologiem nie dały rady przyćmić tej fazy cesarki, choć trzeba mu przyznać, że starał się jak mógł.


Moment, w którym narodziła się MATKA

Mówi się, że cesarka to nie poród. Nie parłaś, nie czułaś tego okropnego bólu, nie urodziłaś dziecka. Brakuje, żeby ktoś do tego dodał: Nie jesteś prawdziwą matką. Nie parłam, to prawda. Nie czułam bólu, który towarzyszy kobietom rodzącym naturalnie, to też prawda. Ale doskonale pamiętam słowa zacnego anestezjologa: Gratuluję, urodziła pani córeczkę. Może być pani z siebie dumna. Nie płakałam, więc Ty też teraz nie płacz 😉 Leżąc bezwładnie nasłuchiwałam pierwszego krzyku dobywającego się z małego ciałka. Jest! Nie przypuszczałam, że kilka sekund może trwać całą wieczność… Jedna z położnych przyniosła nowo narodzone dzieciątko i ułożyła je na mojej piersi. W tej właśnie chwili malutka przestała płakać, jakby czuła, że jest już bezpieczna w ramionach mamy. Chwyciła swoją tyciutką rączką za kabelki przypięte do mojej klatki piersiowej. Złapała się ich tak mocno, że kiedy położna chciała ją zabrać ode mnie na ważenie i mierzenie, to mała siłaczka nie chciała się puścić. Zapamiętam ten moment na całe życie! Teraz możesz płakać 😉

.

Wiem jak czują się wariaci

Uff, już po wszystkim… Jakby trochę mniej białych fartuchów zrobiło się wokół. Na placu boju dzielnie pozostał anestezjolog (za parawanem kończyło się zaszywanie dziury w brzuchu). Pielęgniarka służbistka jakby odrobinę złagodniała. No to jeszcze jedna czynność do wykonania, zanim oficjalnie będę mogła opuścić białą salę operacyjną. Pomiar ciśnienia. Proste, prawda? Otóż NIE! Moje ciało zamieniło się w ogromny wibrator. Pierwszy raz w życiu telepałam się, jakbym była obłąkana i tak trochę się czułam, bo nie miałam nad tym kompletnie żadnej kontroli. To podobno normalne po cesarce – tak przynajmniej twierdził pan anestezjolog, a ja mu wierzę… Za jakimś trzysta dwudziestym ósmym razem (pielęgniarka nie dawała za wygraną) w końcu udało się zmierzyć moje ciśnienie, które (o, dziwo!) było w normie.

Wulkan emocji

Rutynowo oddelegowano mnie na oddział, na salę pooperacyjną. Zegar wskazywał 4:00 nad ranem. Powinnam się przespać, bo od wczoraj nie zmrużyłam oka. Podobną radę dostałam od położnej oddziałowej, która z dziwną satysfakcją powiedziała: To będą pani ostatnie godziny spokojnego snu. Zapewne „pociesza” tak wszystkie rodzące. Niestety, telepałam się jeszcze dobre kilka godzin, co skutecznie uniemożliwiało jakiekolwiek zaśnięcie i uspokojenie. Wszystkie emocje wybuchały we mnie po kolei…
Radość, że już po wszystkim.
Strach, co będzie dalej.
Satysfakcja, że dałam radę.
Niepewność, gdzie teraz jest moja córeczka.
Przerażenie, dlaczego drgawki nie ustępują.
Cieszyłam się sama do siebie, by po chwili ryczeć jak bóbr. Całą ciążę nie miałam takich huśtawek nastroju jak teraz. Chwilę po godzinie 6:00 dołączyła do mnie druga „cesarska mamuśka”, która wzięła sobie do serca radę położnej i zasnęła niemalże od razu. A ja wibrowałam dalej…

Najgorsze za mną? Nic podobnego!

Znieczulenie powoli odpuszcza i dziwne uczucie braku czucia (masło maślane) w dolnej części ciała ustępuje. Pojawia się ból. Kroplówka odrobinę go łagodzi. Zdjęcie cewnika boli. Zagryzam wargę. Na szczęście położna nie pieści się z tym zbyt długo. Pierwsze podniesienie z łóżka jest dla mnie koszmarem. Pomagają mi dwie położne. Rana na brzuchu rwie niemiłosiernie. Do tego czuję, że brakuje mi sił, bo od dawna niczego nie jadłam i jeszcze przez jakiś czas nie zjem. Każą wstawać i nie chcą słyszeć odmowy. Nikogo nie obchodzi, że wszystko mam w środku porozrywane i czuję się jakbym dosłownie przed chwilą wpadła pod samochód. Wstawać, nie gadać! – nie ma to jak empatyczne podejście naszego polskiego personelu medycznego.

Nie chcę nikogo straszyć!

Tak naprawdę każda mama przechodzi przez to wszystko inaczej. Moja salowa współlokatorka (ta, co zasnęła jak dziecko) wstała z łóżka o wiele lepiej ode mnie, a też był to jej pierwszy poród. Dużo szybciej zaczęła też chodzić. Mnie każde podniesienie z łóżka zajmowało dobre kilka minut. Spacer do toalety też do najmilszych nie należał. Miałam wrażenie, że na całym oddziale jestem jedyną niedorajdą. Nawet z wyglądu przypominałam kalekie zombie. Czułam się potwornie. Czara goryczy przelała się, gdy poinformowano mnie, że mała musi pozostać na oddziale patologii noworodków, bo ma podwyższone tzw. białko ostrej fazy. Być może pomyślisz sobie teraz: co z niej za matka, ale postanowiłam sobie, że szczerość w moich tekstach będzie najważniejsza i zamierzam się tego trzymać za wszelką cenę! Dobrze się stało, że nie dostałam córeczki na salę. Nie byłam w stanie zająć się sama sobą, a co dopiero gdybym miała jeszcze pod opieką noworodka! 

Z perspektywy czasu nie jest tak źle…

Od cesarskiego cięcia minęło już ponad pięć lat. Pamiątka w postaci blizny w dolnej części brzucha pozostanie ze mną na całe życie. Goiła się dość długo. W ogóle moje „dochodzenie do siebie” trwało bardzo długo, ale tak jak pisałam wcześniej, to indywidualna kwestia. Dzisiaj cieszę się, że moja córka jest zdrowa. W niczym nie różni się od pozostałej dwójki, która przyszła na świat siłami natury. Tak! Po cesarce urodziłam dwa razy naturalnie! Mam idealne porównanie, o którym na pewno kiedyś napiszę… Zapisz się do grona moich Bajecznych Czytelniczek, by dostać o tym powiadomienie!
Dlaczego w ogóle miałam cesarkę, możesz przeczytać tutaj.  

A jaka jest Twoja historia?
Jak wspominasz swoje cesarskie cięcie?
A może masz je dopiero przed sobą?
Jeśli dręczą Cię jakieś pytania lub wątpliwości, służę pomocą! W naszej grupie Bajecznych Mamusiek na FB jest zdecydowanie bardziej kameralnie, więc intymniejsze pytania polecam zadać właśnie tam.
Link do grupy: https://www.facebook.com/groups/315760255968881/

Czytaj: Ciąża, ciąża i ciąża
Czytaj: „CHYBA RODZĘ”, czyli mój pierwszy raz na porodówce

PODZIEL SIĘ tym wpisem!

10 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny.