obiecanki-cacanki-przyszlej-matki

Obiecanki cacanki przyszłej matki – moje TOP 5

Tytułem wstępu…

Ten tekst dedykuję wszystkim bezdzietnym osobnikom, którzy widząc wyrodnych, patologicznych i nienormalnych rodziców wraz z ich niewychowanymi, opryskliwymi i nieznośnymi bachorami, spotykanymi na swojej drodze, choć raz jeden jedyny powiedzieli lub pomyśleli: „ja własnemu dziecku to NIGDY na to nie pozwolę”. Oczywiście rodziców (zwanych przez bezdzietnych osobników „patolami”) również zachęcam do lektury, bo będzie śmiesznie… a nam to już chyba nic innego nie pozostało, jak tylko gorzko się śmiać (ha ha ha).

Auto-rachunek sumienia

Ja też kiedyś (w sumie nie tak bardzo dawno temu) byłam młoda, wolna i bezdzietna. I chociaż tamte czasy minęły bezpowrotnie w dniu, w którym po raz pierwszy (i jak się później okazało, nie ostatni) oświadczyłam: „Ja, Sylwana, biorę sobie ciebie…”, to moja pamięć nie jest na tyle ulotna, bym mogła zapomnieć, jak to było nie mieć dzieci i patrzeć na innych (zwyrodniałych wówczas) rodziców, myśląc sobie „to i owo”. Tak, tak… Przyznaję się bez bicia… ale kto choć raz nie myślał naiwnie, że jego to na pewno nie spotka? Że nigdy, przenigdy, za żadne skarby świata do tego nie dopuści? Niech pierwszy wstanie i rzuci kamień (najlepiej sobie w głowę).

Ironia to bez wątpienia kobieta!

W życiu każdego osobnika płci żeńskiej, który bardziej lub mniej świadomie myśli o czekającym go w przyszłości macierzyństwie, nadchodzi „ten” moment. Zwykle niespodziewanie, bez żadnego ostrzeżenia, późnym wieczorem w cieplutkim łóżeczku. Zastanawia się on wtedy, jak to całe macierzyństwo, o którym wszystkie dzieciate koleżanki z pracy tak dywagują, rzeczywiście wygląda… Takie rozmyślania zwykle sprowadzają się do jednego prostego (ale tylko dla bezdzietnego osobnika) wniosku: „kobiety rodzą i wychowują dzieci od zarania dziejów, więc to na pewno nie może być skomplikowane”. Plus do tego: „instynkt macierzyński mi wszystko podpowie…” (tak, ja też się teraz ironicznie uśmiecham pod nosem).

Dzieci, dzieci, wszędzie te dzieci…

I przychodzi nareszcie ta magiczna chwila, kiedy okres się spóźnia całe trzy dni, osobnik płci żeńskiej gna do apteki po teścik, a na teściku (wypisz, wymaluj) magiczne kreski dwie się pojawiają. Najwyższa pora zacząć poważnie myśleć o nowej (jeszcze przyszłej) życiowej roli. Ja też byłam w tym punkcie… Przez niemalże dziewięć miesięcy noszenia bąka w brzuchu (mam tutaj na myśli dziecko, oczywiście), moją uwagę, jakoś tak częściej niż do tej pory, przykuwały… a to dzieci sąsiadki na podwórku, a to rodzice z rozdartymi maluchami w sklepowej alejce ze słodyczami, aż wreszcie wszystkie kajtki kuzynów i kuzynek na dorocznym zlocie rodzinnym (czyt. imieninach cioci Krysi).

Co oni mogą wiedzieć?

Nie ma chyba na świecie człowieka, który nie lubiłby udzielać drugiemu wskazówek w temacie, co do którego wydaje mu się, że ma szerokie pojęcie (mówiąc prościej – wymądrzać się). Będąc w ciąży wysłuchałam setek takich „serdecznych” porad od mamy, teściowej, przyjaciółki, szwagierki, pani z zieleniaka i dobrze, że na to wszystko kotka sąsiada z piętra wyżej milczała… A wiesz, kto najlepiej wiedział, jak dobrze i mądrze wychowuje się dzieci? JA.

.

Oto 5 moich „ulubionych” sentencji wychowawczych, które pomimo nazbyt częstego wypowiadania, w rezultacie umarły szybciej niż zdążyłam powiedzieć: „na potęgę posępnego czerepu” (a podobno nawet kłamstwo powtarzane tysiąc razy w końcu staje się prawdą – to chyba też kłamstwo jest).

Jeden: „Żadnych słodyczy do 18go roku życia

A jak już coś słodkiego, to tylko moje własne pachnące wypieki, wyjmowane w każdą niedzielę z czyściutkiego piekarnika… Zonk! Z pierwszą córką wytrzymałam może dwa lata, druga smakowała czekoladę w swoje pierwsze urodziny. Proszę, nie pytaj, kiedy trzecia zaczęła wyciągać swoje lepkie łapki w stronę szafki ze skitranymi łakociami.
Nie żebym hodowała swoje pisklaki na ptasim mleczku i ciasteczkach, ale jak stoją mi takie przy dupie i jęczą i stęczą i kwęczą: „mamuś, daj żelka”, a ja muszę wyjąć gary ze zmywarki, nalać im wodę do butelki, usmażyć naleśniki i jeszcze tego posta napisać, to zamykam im gębę cukrem. Tak, gromcie nade mną i szczujcie psami…  

Ja sama jestem przerażona (nawet jak teraz to piszę), bo tak bardzo chciałam być nieugięta w kwestii słodyczy…
Pamiętam jak dziś, kiedy na wakacje przyjechali do nas znajomi ze swoją małą latoroślą (a ja dzieci wtedy jeszcze nie miałam). I ta mała nic, tylko non stop przy torebce mamusi koczowała i co chwilę prosiła o żelka… Raz, drugi, trzeci… dwudziesty, dwudziesty pierwszy… (nie muszę chyba pisać, że za każdym razem dostawała to co chciała). No ludzie! Na śniadanie słodkie płatki czekoladowe wyjadała z miski (mleko zostawiała), na obiad zjadała gofra na mieście, kolacji nie chciała (pomiędzy całym tym syfem, zawartość maminej torebki). Uwierz mi, nie chciałabyś być wtedy w mojej głowie i słyszeć moich myśli na temat jej wyrodnych rodziców, którzy tak krzywdzą ukochane dziecko. Ja im mówię, że cukier zabija, a oni do mnie, że nie zamierzają ograniczać swojemu dziecku słodyczy, bo będzie później wariowało. Czyli trzeba je faszerować nieograniczoną ilością?
Och, jakże ja byłam naiwna wierząc, że nigdy nie będę tak postępować… Nie rozdaję po jednym biszkopciku na dobę, tylko od razu pół opakowania wsypuję do miski: „macie, jedzcie, dzieci kochane”. Będę się za to smażyć w piekle, ale dwie minuty ciszy bez wątpienia jest tego warte!

Dwa: „Nie będę przyzwyczajać do noszenia na rękach

Każdy szanowany się pediatra, psycholog, ortopeda, a pewnie i kardiolog, i dupolog, powie Ci, że dziecka na rękach się nie nosi.Pani dziecka nie przyzwyczaja, bo potem to tylko na rączki będzie chciało” – złota rada sąsiadki spod piątki. Ba! Każdy mamuśkowy poradnik trąbi o tym już na pierwszej stronie, ale (co ciekawe) nikt nie zna innego równie magicznego sposobu na uspokojenie wrzeszczącego wniebogłosy niemowlaka, który jakby nie rozumiał albo nie chciał rozumieć „cichania” mamusi: „ciii… nie płacz, kochanie…”.

Ja to wszystko rozumiem, naprawdę! Docierają do mnie te wszystkie argumenty, pani sąsiadko… Proszę mi wierzyć, że ja nie robię tego, bo chcę (w głowie miałam mniej cenzuralną odpowiedź). Ale co zrobić, żeby „to coś” przestało tak płakać? Dałam cyca, zabrałam kupę, wyspane, przebrane, odpowiednio ubrane – to czego ono chce? NA RĄCZKI CHCE!

A oczywiście „najłatwiej” to nie nosić dziecka w nocy, kiedy (o dziwo!) nie chce spać, za to jojczenie sprawia mu wyraźną frajdę. Myślisz sobie wtedy, że cały blok nie śpi, tylko przeklina Wasze istnienie w osiedlowej społeczności. Do tego oczy na zapałkach, nogi powoli odmawiają posłuszeństwa, mąż pochrapuje pod ciepłą kołderką, a ja chodzę w tę i z powrotem i oczywiście bujam na rękach to małe wrzeszczące stworzenie, bo miłe jest mi spanie w nocy (a jedno bez drugiego praktycznie nie istnieje).

Albo taka sytuacja… Leżysz sobie i patrzysz na te wielkie oczy, które zezują na Ciebie z równie wielką miłością… Chcesz pocałować, przytulić, swoją miłość okazać… Do tego te wielkie oczy zdają się mówić: „Mamuś, nie weźmiesz mnie? No weź przytul, weź na rączki… na chwilkę”. No „na chwilkę” to wezmę… Tak się to zwykle zaczyna niewinnie, a potem to już tylko zszargany kręgosłup i zszargane nerwy, jak usłyszysz pewnego pięknego dnia od własnej teściowej: „tak, bo tak sobie dziecko przyzwyczaiłaś…” (noszkur***).

Znajdziesz mnie też na Facebooku i Instagramie!
Polub fanpage: https://www.facebook.com/wspomnieniajakzbajki
Obserwuj: https://www.instagram.com/wspomnieniajakzbajki

Trzy: „Moje dziecko nie będzie oglądać bajek

Przeklęta telewizja kablowa, a razem z nią pakiet dodatkowych kanałów! Przez pięć lat nikt nie raczył zadzwonić, zaproponować jakąkolwiek promocję. Tylko dziecko się urodziło i od razu dryń, dryń: „cudowna oferta limitowana, wyjątkowa, tylko dla państwa, w cenie dotychczasowego abonamentu…” (to co? mieliśmy nie brać? jak za darmo dają?). A wśród kanałów oczywiście bajeczki dla dzieci, bo jakżeby inaczej? W końcu młode pokolenie konsumpcjonistów rośnie, to trzeba ich urabiać od najmłodszych lat…

Zaczęło się od takiego słodkiego programu dla totalnych maluszków (kilka minut dziennie, żeby mama mogła włosy umyć). Dziecku to się oczywiście podoba, bo kolorowe… bo się rusza… bo gra i śpiewa… a na dodatek uczy! Chociaż dzisiaj nie wiem, czy moja córka cokolwiek pamięta z tego lukrowego przekazu. Tak czy siak, początek nieszkodliwy, a dalej to już tylko gorzej…

Jak to wygląda dzisiaj?

Z bajkami zaczynamy dzień i z bajkami kończymy. Na „jutubie” moja pierworodna to ma już wszystko obcykane, sama włącza, sama wyłącza, reklamy przewija (tylko zerkam jej od czasu do czasu przez ramię, czy jakichś „patol-treści” nie ogląda). Bajki do śniadania, bajki przy kolacji… Wiem, co teraz powiesz: „jak jemy, to nie oglądamy bajek, bo ma jeść, a nie oglądać” – pełna zgoda! Dziecko powinno być w pełni skupione na jedzeniu… Tylko że u mnie wyłączenie telewizora wcale nie pomaga, a wręcz przeciwnie – właśnie ten telewizor mi pomaga, bo wtedy nie są skupione na jedzeniu i do buzi bez problemu trafia kalafior i kapucha. No tak mi po prostu wygodnie…

A rano koniki we wszystkich kolorach tęczy to dla mnie istne anioły! Nie muszę daleko szukać, bo zaledwie wczoraj moja królewna, która po czarcich wygibasach na placu zabaw powinna spać do 10:00 (taka zmęczona była!), zbudziła się przed 5:00 (sic!) i przybiegła jak skowronek, oznajmiając mi, że jest głodna (ponownie sic!). No to muszę się zwlec (a tylko Bóg jeden wie, jak bardzo mi się nie chce). Nikt mnie nie raczył poinformować zawczasu, że macierzyństwo to jedna wielka bitwa o każdą minutę snu (a walczyć będę jak lwica!). Nawet oczu nie otwierałam… Wstałam, wyjęłam z lodówki jogurt, dałam w łapę, włączyłam zbawcze kuce i poszłam dalej w kimę. Moje dzieci miały nie oglądać bajek… i co? JAJCO!

Cztery: „Moje dziecko będzie ułożone, nie to co inne

Kto nie widział choć raz małego skrzata (98 cm) turlającego się z rozpaczy po marketowych kaflach? Ja miałam tą wątpliwą przyjemność… Myślałam sobie wtedy: „boszesztymójjedyny, co za rozwydrzony bachor! Gdzie są rodzice, ja się pytam?” (a mamusia w tym czasie serek z lodówki wybiera, jakby nigdy nic). „Moje dziecko w życiu mi nie zrobi takiego cyrku!” – pomyślałam, rzucając wyrodnej matce irytujące spojrzenie.

Teraz to nawet chce mi się śmiać samej z siebie, bo ja głupia naprawdę wierzyłam, że tak będzie… że spokojnie wytłumaczę mojemu dziecku, że już jedną ciastolinę w domu ma (a i tak się nią nie bawi), że nie będziemy niepotrzebnie wydawać pieniążków na kolejny ciastolinowy zestaw dentysty, że ono wszystko elegancko zrozumie i jeszcze mi pomysł na obiad podpowie…

Naiwna kobieto! Na zakupach cyrk (którego to moje dziecko miało mi w życiu nie zrobić) zaczyna się już przed wejściem do marketu, gdzie trwa regularna bitwa o to, która dziewucha pojedzie w wózku sklepowym. Wtedy zwykle ja zostaję w aucie (niby pod pretekstem, że „nie musimy przecież iść tam wszyscy”). Przynajmniej nie będę się wstydzić przy lodówce z serami… Bo wracając do tamtej „wyrodnej matki”, to ja już teraz wiem, że ona wcale nie udawała, że nic się nie dzieje. Ona wewnętrznie kipiała z wściekłości i była na tyle silna, że powstrzymała się od wysadzenia bomby w postaci siebie samej (to jest prawdziwa siła matki!).
Jaki morał z tej historii? Ano taki, że czasem by dobrze wychować, wystarczy po prostu nie udusić… Poza tym, odkąd moje dziecko nauczyło się pyskować, a oduczyło się mnie słuchać, tezę „moje dziecko będzie ułożone, nie to co inne” zamieniłam na „moje dziecko jest nieznośne, nie to co inne”.

Pięć: „Zawsze będą szczera ze swoim dzieckiem

No ja się starałam! Jak w mordę strzelił! Na początku całkiem nieźle mi szło… Wszystko jej pięknie tłumaczyłam poprawną polszczyzną (moja polonistka byłaby dumna), pełnymi zdaniami, nawet gdy nie rozumiała z tego nic za grosz (jak jej raz tłumaczyłam, że na tym zdjęciu jest moja babcia, której już z nami nie ma, bo umarła, to ona za jakiś czas na moje stwierdzenie, że „ciocia jest daleko” (bo mieszka daleko) palnęła, że „ciocia umarła, bo jej tu z nami nie ma”). Naprawdę zawsze starałam się być z nią szczera

Aż pewnego wiosennego popołudnia (kiedy odbierali z naszego osiedla śmieci wielkogabarytowe – tak, to ma znaczenie), okłamałam moje ukochane dziecko po raz pierwszy
Zapytała: „Mamo, a gdzie jest moja kuchnia?” (taka zabawka, która zajmuje pół pokoju). Jej głos był tak słodki, przeszyty nutą tęsknoty… To co jej miałam powiedzieć? Że z nieukrywaną radością wypieprzyłam ją na śmietnik, bo oblegała kurzem i te wszystkie garnuszki, kubeczki, łyżeczki walały się od roku po całym mieszkaniu, a ja już miałam serdecznie dość zbierania ich w kółko i w kółko? Spojrzałam w te wielkie oczy czekające na moją odpowiedź i wydusiłam z siebie tylko: „schowaliśmy ją do komórki, bo dużo miejsca zajmowała” (shame on me!). O dziwo, nie dociekała nic więcej, więc mogłam odetchnąć z ulgą, że nie muszę wymyślać kolejnych kłamstw. Wyrzuty sumienia mam do dzisiaj… Odnośnie kłamstwa, a nie tego, że kuchnia poszła out! (połamana trochę była, więc aż się prosiła).

Po tej sytuacji zdarzyło mi się jeszcze nie raz coś przekręcić, zataić… z Tobą mogę być szczera – po prostu skłamać! A „kłamać jest bardzo brzydko” – powtarzam jej jak mantrę, bo naprawdę tak uważam. Z dzieckiem trzeba być szczerym i chwała wszystkim, którzy się tego trzymają.

No co ja mogę?

Normalnie to człowiek jest rozczarowany, że coś mu nie pyknie tak jak tego chciał… Ale wiesz co? Pomimo tych wszystkich bolesnych upadków mojego wyidealizowanego macierzyństwa (a było ich więcej niż te pięć wysmarowane powyżej), moje dzieci są dla mnie idealne, a ja na pewno jestem dla nich Bajeczną Mamuśką. Także ogólny rachunek na plus.

Z niecierpliwością czekam na Twoje naobiecywane macierzyńskie wtopy. Bo że takie masz, to jest bardziej niż pewne! Także bez ściemniania mi tutaj, że wszystkie Twoje matczyne marzenia się spełniły. Przyznawaj się w komentarzu (jak na spowiedzi), które macierzyńskie wyobrażenia zaliczyłaś do kategorii „obiecanki cacanki„?

PODZIEL SIĘ tym wpisem!

19 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny.