jak-zrobic-tablice-manipulacyjna-diy

Jak zrobić tablicę manipulacyjną DIY

Jestem złą matką!

Przyznaję się, jak na spowiedzi… Kiedy słyszę z ust mojego dziecka błagalne: „mamo, pobawisz się ze mną?”, ni stąd, ni zowąd nabieram nieodpartej ochoty na pozmywanie garów z zeszłego tygodnia albo rzucam na szybko przez zaciśnięte zęby: „mamusia musi teraz pościerać kurze z karnisza”. Bo wcale nie chce mi się tego robić, ale jeszcze bardziej nie chce mi się bawić z moim dzieckiem! TAK, właśnie to napisałam! Zapewne wszystkie ciotki-cnotki odmawiają teraz różaniec za moją podłą duszę… Wstrzymajcie się chwilę!

Mam coś na swoją obronę!

Nie do końca przepadam za współczesnymi zabawkami. Badziewie, które w sklepie kosztowało krocie, a zachwyca malucha przez niecałe 15 minut, po czym ląduje w pudle wśród innych sobie podobnych, powinno być z automatu wycofywane z produkcji. Najbardziej „lubię” te z milionem elementów w zestawie… Zabawka jeszcze dobrze nie przekroczy progu naszego domu, a już moje dzieciaki meldują mi, że setka części do niej zaginęła w tajemniczych okolicznościach (oczywiście, jeśli wrzucenie pod szafę czy pod kanapę można nazwać „tajemniczymi okolicznościami”).

W takim razie: co zamiast pospolitych zabawek?

Skoro te wszystkie nowoczesne, kolorowe, śpiewające we wszystkich językach świata misie, książeczki, laleczki, koniki, pandy, lamy i cholera wie, co jeszcze te hieny żerujące na zawartości rodzicielskich portfeli (czyt. producenci zabawek) wymyślą… nie spełniają swojego zadania, a ściślej rzecz ujmując – nie interesują dziecka wystarczająco długo (a już na pewno nie tyle, by zharowana matka mogła w spokoju posiedzieć i wypić kawę), zapytasz mnie: „jak żyć, Sylwana, jak żyć?”. A ja Ci odpowiem…

Choć raz w życiu posłuchaj swojego dziecka!

Może nie tak dosłownie, bo żadne dziecko nie powie: „mamo, jedźmy do castoramy, bo na urodziny chcę pstryczek do światła i zestaw sanitarny”. Przynajmniej ja od swoich nigdy tak nie usłyszałam… Za to zdarzyło mi się nie raz stać przy takim pstryczku z dzieckiem na rękach, które miało niebywały ubaw z włączania i wyłączania światła w przedpokoju (choć może to nie tyle pstrykanie, co gromy mojego męża, że „światło nie służy do zabawy!”, dawały taką radochę). A spróbuj odejść od pstryczka! To płacze i krzyki wniebogłosy! Kiedy indziej, przy okazji wymiany baterii umywalkowej w naszej łazience (na poprzednią ktoś niefortunnie się oparł, w „tajemniczych okolicznościach” oczywiście), nie było takiej siły, która choć na chwilę odciągnęłaby moje małe gryzonie od miejsca pracy naszego osobistego hydraulika (czyt. taty).

Jaki z tego wniosek?

Lepiej do znudzenia pstrykać w czerwony guziczek na listwie zasilającej (dodatkowy bonus w postaci wkurzania staruszków), niż słuchać w kółko lali zawodzącej niemiłosiernie: „Panie Janie, rano wstań…” na wyczerpaniu baterii (co nawiasem mówiąc wkurza chyba jeszcze bardziej). Brzmi znajomo? Chyba każdy rodzic tego doświadczył… A jeśli ktoś się kiedykolwiek zastanawiał, dlaczego tak jest, że pierwszym naprawdę pociągającym dziecko przedmiotem jest pilot do telewizora, odpowiedź jest bardzo prosta: bo nie wolno go dotykać, a po jakimś czasie nie wolno już nawet na niego patrzeć! Wszyscy dobrze wiemy, że zakazany owoc smakuje najlepiej (a przynajmniej tak się nam wydaje). Nasze pociechy też łapią w lot taką zależność…


Do brzegu!

Co to jest tablica manipulacyjna, nie muszę chyba nikomu tłumaczyć… W ostatnich latach stała się ona hitem wśród „zabawek” prezentowanych dla najmłodszych mieszkańców naszej planety. Dlaczego? Bo w końcu jakiś dorosły doznał olśnienia i zrozumiał paradoks przeładowanych bodźcami zabawek ze sklepowych półek, że sprawiają one więcej szkody jak pożytku. A tak zupełnie na serio, to pomysł dla tego typu „zabawek” znajduje swoje źródło w metodzie nauczania Marii Montessori. Najprościej rzecz ujmując, przedmioty codziennego użytku uczą dzieci efektywniej od wszystkich edukacyjnych zabawkowych „cudeniek” razem wziętych. Polecam Ci zgłębienie tego tematu!

.

Jakie korzyści daje tablica manipulacyjna?

Ha! Jakich nie daje? Ktoś pewnie kiedyś napisze książkę na ten temat (albo już napisał). Pomijając te wszystkie edukacyjno-naukowo-niezrozumiałe pojęcia (oszczędzę Ci tego), podam jeden bardzo ważny powód, dla którego tablica manipulacyjna powinna znaleźć się w Waszych czterech ścianach: CIEPŁA KAWA! Chciałam napisać „chwila świętego spokoju”, ale spokojnie na pewno nie będzie, kiedy Twoje maluchy będą odkrywać poszczególne elementy na tablicy. Jedno jest pewne – ich uwaga skupi się w końcu na czymś innym niż MAMA i kto wie… może nawet nie zauważą, że wyszłaś do toalety?

Lepiej kupić czy zrobić samemu?

Dla mnie odpowiedź jest oczywista: ZROBIĆ! Kosmiczne ceny gotowych do kupienia tablic manipulacyjnych tylko potwierdzają słuszność tej decyzji. Zwłaszcza, że większość elementów do umieszczenia na tablicę tylko czeka gdzieś na strychu czy w garażu, w tajnych schowkach tatusiów „złotych rączek”, którzy sami do końca nie wiedzą, jakie skarby tam się kryją. Wystarczy je odnaleźć i będą za darmo! No i nie muszę chyba wspominać o monstrualnej satysfakcji płynącej ze zrobienia czegoś samemu? Kto ma kreatywną duszę, ten wie what I’m talking about… Pomyśl tylko o szczęściu swojego dziecka, które będzie można wyczytać na jego twarzy, gdy zobaczy własnoręcznie przygotowaną tablicę i gdy dowie się, że oto mamusia zrobiła ją tymi oto rękami taty (spokojnie, dojdziemy do tego!).

Od czego zacząć?

Filozof powiedziałby: najlepiej od początku (ha ha ha, taki żarcik). Pomysł jest, chęci też już masz (nieskromnie przypiszę sobie udział w ich rozbudzeniu), zatem pozwól, że pomogę Ci jeszcze bardziej i dam narzędzie, które na pewno ułatwi Ci początkową fazę przygotowania tablicy. Otóż opracowałam specjalnie dla Ciebie ebooka 100 pomysłów na tablicę manipulacyjną. Tak więc jeśli nie wiesz, od czego zacząć, to zdecydowanie zacznij od POBRANIA mojego ebooka! Totalnie ZA DARMO, także śmiało korzystaj! Na jego końcu znajdziesz listę do wydrukowania i odhaczania elementów, które już posiadasz. Zdziwisz się, ile rzeczy już masz!

Co dalej?

Dalej to już będzie tylko lepiej (znowu odzywa się mój wewnętrzny filozof). Po intensywnym przeszukaniu własnego mieszkania i wszystkich zakamarków, do których od miesięcy nie zaglądałaś (ewentualnie po wizycie we wspomnianej wcześniej castoramie), masz już mniej więcej podgląd, ile elementów na tablicy się znajdzie. Tym samym oczami wyobraźni jesteś w stanie ogarnąć jej wielkość. To jest najlepsza pora na znalezienie odpowiedniej lokalizacji, w której tablica zagości na dobre. Miej na uwadze, że dziecko jest mniejsze od Ciebie i nie wszędzie sięgnie, dlatego warto rozważyć miejsca przyziemne, tudzież przypodłogowe. U nas tablica zawisła w salonie (ubolewam, ale w pokoju dziewczynek nie było dla niej dobrego miejsca). Jej bazą jest płyta MDF, zamówiona specjalnie na tę okazję w markecie budowlanym, ale równie dobrze możesz wykorzystać kawałek grubszej sklejki lub zalegającą w komórce półkę, która kurzy się od lat, w myśl zasady „to się jeszcze przyda”…

Pora wziąć sprawy w ojcowskie ręce!

Być może jesteś „super-zaradną-mamuśką” (chylę czoła!) i sama wykonasz tablicę od a do zet… W sieci można znaleźć mnóstwo instrukcji krok po kroku, jak się do tego zabrać od strony technicznej i na pewno zauważysz, że przeważająca większość majsterkowiczek to kobiety. Oczywiście że się da! Ale jeśli masz pod ręką męskie ciało, to warto je wykorzystać zgodnie z jego przeznaczeniem, tj. do pracy fizycznej. Ostrzegam, że może marudzić, że tego się nie da albo że wymyśliłaś sobie jakieś ***** (nie będę cytować), ale do jasnej *****! Niech i on się na coś przyda! W końcu chodzi tylko o przewiercenie „kilku” elementów… A właśnie! Będziesz potrzebować dużo wkrętów… Bardzo dużo wkrętów, to i wkrętarka na pewno ułatwi Ci pracę (pora sobie podziękować, że dwa lata temu sprawiłaś takie cacko mężowi pod choinkę).


Moja tablica, czyli krótkie podsumowanie: ile mnie to kosztowało czasu i pieniędzy?

Planowanie, szukanie inspiracji, przeszukanie wszystkich zakamarków mieszkania i niebywale zagraconej komórki (przy okazji powierzchowne ogarnięcie w niej bałaganu), wizyta w markecie budowlanym i ponowne planowanie, bo kilka rzeczy przybyło, a kilka odpadło po męskim marudzeniu (że niby się nie da). Samo montowanie elementów na tablicy zajęło nam dwa dni, przy czym muszę zaznaczyć, że robiliśmy to (oczywiście o montowanie chodzi – nie wiem czemu, ale poczułam potrzebę doprecyzować, co znaczy „TO”) w porze między śniadaniem a odebraniem córek z przedszkola. Gdyby nie to, pewnie wyrobilibyśmy się w jeden dzień. A jak finansowo?

  • płyta MDF 120/80 cm  – 56 zł (w tym płyta + docięcie na wymiar + oklejenie)
  • drewniany drążek – 3,50 zł
  • spinner – 19 zł (promocja była)
  • rzepy – 3 zł (gotowe paski do kupienia na Ali)
  • klamerki plastikowe + kolorowe taśmy (również na Ali) – 10 zł
  • zamek błyskawiczny – 2 zł (do nabycia w pasmanterii na rogu)
  • cekiny dwustronne – 5 zł
  • kółko meblowe – 4 zł
  • haczyki do przeplatania wstążki (8 szt.) – 5 zł
  • zasuwa ryglowa – 6 zł
  • haczyk zamykający – 5 zł
  • zasuwa łańcuchowa – 9 zł
  • kłódka na kluczyk – 6 zł
  • zawiasy do drzwiczek – 7 zł
  • kołatka meblowa – 3 zł
  • uchwyty do szafek (3 szt.) – 8 zł
  • włącznik światła – za darmo (został z jakiegoś remontu)
  • gniazdko – za darmo (również poremontowe)
  • wtyczka – za darmo (ładowarka do starego telefonu, którego już z nami nie ma)
  • karabińczyk – za darmo (jakiś mało znaczący gadżet)
  • bucik na sznurowanie – za darmo (dzieci wyrosły zanim zdążyły go choć raz założyć)
  • płyta konstrukcyjna + kilka klocków – za darmo (choć zestaw klocków kosztował majątek)
  • stary telefon z tarczą – za darmo (mój ojciec trzyma takie PRL-owskie graty po dziś dzień)
  • kalkulator – za darmo (pamiątka ze studiów mojego męża)
  • drewniane kołeczki – za darmo (pozostałość po meblach do skręcania)
  • zielona rurka – za darmo (nie wiem do czego była i skąd ją miałam w szafie)
  • żółty kubeczek – za darmo (porwany siłą z zestawu zabawek do kąpieli)
  • pasek z klamerką – za darmo (poświęciłam pasek z mojego płaszcza)
  • metalowe kółka + tzw. żabki za darmo (ze starego karnisza)
  • kieszonka na guzik – za darmo (własnoręcznie szyta)
  • kieszonka na rzep – za darmo (własnoręcznie szyta)
  • kieszonka na zamek – za darmo (własnoręcznie szyta – no co? umiem szyć)
  • mini tabliczka magnetyczna – za darmo (gadżet z jakiegoś festynu)
  • mini lampki LED – za darmo (gadżet firmowy z pracy mojej mamy)
  • wkręty, bardzo dużo wkrętów – za darmo (mąż majsterkowicz musi mieć takie rzeczy!)

W sumie 151,50 zł – na moje to wcale nie tak dużo jak na całkiem sporą tablicę manipulacyjną, nie sądzisz?

Jakby się tak głębiej zastanowić, to chyba wcale nie jestem taką najgorszą matką, co? 😉

Znajdziesz mnie też na Facebooku i Instagramie!
Polub fanpage: https://www.facebook.com/wspomnieniajakzbajki/
Obserwuj: https://www.instagram.com/wspomnieniajakzbajki/

Poniżej kilka kadrów z „placu budowy”:

jak zrobić tablicę manipulacyjną diy
jak zrobić tablicę manipulacyjną diy 1
jak zrobić tablicę manipulacyjną diy 2
jak zrobić tablicę manipulacyjną diy 3
jak zrobić tablicę manipulacyjną diy 4
jak zrobić tablicę manipulacyjną diy 5

Jeśli podoba Ci się pomysł i sama idea tablicy manipulacyjnej, koniecznie podziel się swoją opinią w komentarzu poniżej!
Być może nie wycisnęłam z tego tematu całego soku i masz jeszcze jakieś pytania do mnie – pisz śmiało!

PODZIEL SIĘ tym wpisem!

12 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny.