jak-jest-na-porodowce

„CHYBA RODZĘ”, czyli mój pierwszy raz na porodówce

Wypada zacząć od samego początku…

Bo tak naprawdę nie byłoby tego bloga, gdyby pewnego wieczoru mój Bejbe (tak się z moim mężem pieszczotliwie do siebie zwracamy) nie dobrał się do mnie w sypialni i nie zrobił mi tego i owego… Spokojnie, ten wpis nie będzie o tym… Nie będę Cię zanudzać szczegółami (choć pewnie niektórzy zwyrodnialcy na to liczą). Przyspieszymy maksymalnie jak się da, bo jak się rozpiszę o całym tym ciążowym majdanie to mi wirtualnej kartki zabraknie…

A zatem oto moje 9 miesięcy w skrócie:

  • „To co, Bejbe? Już czas!”
  • „Yhym” (burknął pod nosem, nie odrywając wzorku od Fify)
  • bara bara w sypialni (bez żadnych tam ekscesów, aktorami porno raczej nie będziemy)
  • oczekiwanie na okres (bez spiny, bo za pierwszym razem na pewno się nie uda)
  • okres się spóźnia (a może jednak się uda?)
  • okres się pojawia (jednak się nie uda)
  • bara bara w sypialni po raz drugi (pomiędzy też było bara bara, żeby nie było, że zrobiliśmy to tylko dwa razy – tak jak moi rodzice… raz kiedy poczęli mnie i drugi raz kiedy zmajstrowali mojego brata)
  • okres się spóźnia ponad tydzień
  • apteka, teścik, dwie kreski
  • SMS do Bejbe, że zostanie ojcem (poważnie!)
  • potwierdzenie ciąży (słono kosztowało, bo ginekolog prywatnie, a jak zobaczyłam, ile mnie będą kosztować pierwsze badania (a gdzie kolejne?), to mnie głowa bolała przez cały następny miesiąc), tak więc…
  • kolejne wizyty na fundusz (u tej samej pani doktor ha ha ha)
  • ciąża lekka (możesz mnie nienawidzić ha ha ha)
  • tylko raz rzygałam, jak zjadłam pierogi teściowej (przypadek?) i popiłam je barszczem z torebki
  • grzeczne uczęszczanie na zajęcia w szkole rodzenia
  • aktywność fizyczna niemalże do ostatniego dnia ciąży (wtedy mi się jeszcze chciało)
  • usilne próby wydobycia dzieciaka w dniu naszych wspólnych urodzin (to byłoby zajebiste, gdyby urodziło się w ten sam dzień, co starzy, ale o tym więcej przeczytasz tutaj).

A teraz możemy nareszcie zwolnić…

…bo tak oto zbliżamy się do dnia sądnego i godziny zero, a dokładniej trzeciej zero zero, ale wszystko po kolei…

Mycie podłóg na kolanach, sprzątanie w najwyższych szafkach, prasowanie firanek, kilkukilometrowe spacery szybkim tempem (jak na możliwości ciężarnej kobiety), a nawet seks co pół godziny nie zdołały przekonać mojej pierworodnej latorośli do wyjścia z ciepłego inkubatorka, jakim był dla niej maminy brzuszek. Po tym wiedziałam, że moje dziecko głupie nie będzie.

W szkole rodzenia namawiano nas na spisanie sobie tzw. planu porodu (czyli jak chcemy rodzić? z kim? kiedy? i w ogóle po co?). Chyba logiczne, że każda chciałaby urodzić sprawnie, szybko i możliwie bezboleśnie, to po co to pisać? Najlepiej od razu na wejściu do szpitala podsuwać pod nos rodzącej gotowy wzór idealnego porodu, żeby się pod nim tylko podpisała i wio na porodówkę! A jeszcze drobnym druczkiem powinni na nim dopisać, że na pewno wszystko potoczy się inaczej…

Ja chciałam rodzić naturalnie, ze znieczuleniem, z mężem u mego boku… Nie udało się wycelować w wymarzoną datę. Tak naprawdę poza znieczuleniem…

…nic nie poszło tak jak zakładałam!

O możliwym cesarskim cięciu wiedziałam już od jakiegoś czasu. Córka ułożona była główką do góry, a dupką do wyjścia (wypięła się na nas, bezczelna!) i z każdym kolejnym USG sytuacja nie ulegała zmianie. Na jednej z ostatnich wizyt pani doktor z wymowną znieczulicą poinformowała mnie o możliwości umówienia się na cesarkę w dogodnym dla mnie terminie. Jakby to było przepisanie syropu na kaszel…

Nie byłabym sobą, gdybym nie zasięgnęła opinii innego lekarza – dr Google (hahaha). Przeczytałam tam historię kobiety, która była w podobnej sytuacji (dziecko ułożone główką do góry). Kiedy zaczęły ją męczyć skurcze porodowe, pojechała do szpitala, a tam okazało się, że na cesarkę jest już za późno, bo dziecko lada chwila pojawi się na świecie. Czy lekarze tego chcieli czy nie, tamta kobieta urodziła naturalnie. Dziecko zdrowe, matka zdrowa, żadnych powikłań, żadnych komplikacji. Dało się? To ja też tak poproszę!

Tak się uparłam na naturalne rodzenie, że ani nawet nie myślałam umawiać się na mechaniczne wydobycie noworodka. Pozostało mi zatem cierpliwie czekać na jedyny w swoim rodzaju znak od wszechświata, że to już czas… Na całe szczęście wszechświat nie trzymał mnie zbyt długo w niepewności (tak jak to na przykład miało miejsce przy moim drugim porodzie, kiedy córka przyszła na świat dwa tygodnie po terminie, ale o tym innym razem).

.

To była ciemna noc…

…ale wcześniej był wieczór (logiczne, nie?). I tym wieczorem zaczęłam odczuwać niewielkie skurcze w okolicach podbrzusza. Początkowo nie było to nic nadzwyczajnego… Kto miał „przyjemność” być w tzw. stanie błogosławionym, ten wie, że skurcze w zaawansowanej ciąży to normalka (pojawiają się i znikają; są to tzw. skurcze Braxtona Hicksa). Choć może „normalka” to nie jest najlepsze określenie, bo jednak powodują ból w mniejszym lub większym stopniu. Niemniej jednak na szkole rodzenia mówili, żeby je bacznie obserwować i z byle tam igły nie robić wideł. A dla pierworódki wszystko, co zostało powiedziane na szkole rodzenia to jedyna i niepodważalna prawda. Amen.

Wracając do tematu…

Wieczorem zaczęły mi doskwierać niewielkie skurcze, których natężenie mogłabym określić na niezbyt bolące, ale upierdliwe. Minęła godzina jedna, druga, a skurcze w dalszym ciągu takie same (ani mocniejsze, ani częstsze). Akurat zbliżał się czas kąpieli, więc zanurzyłam się w gorącej wodzie i obserwowałam (tak jak zalecało zrobić porodowe guru, czyli szkoła rodzenia). Jeżeli skurcze ustąpią, to jeszcze nie będzie „TO”, ale Ty już wiesz, do czego „TO” zmierza…

W każdym bądź razie „ja idę spać!” – tak postanowiłam, gdyż skurcze po kąpieli wprawdzie nie odeszły, ale też jakoś znacząco nie przybrały na sile. Jeżeli mam urodzić, to na pewno tego nie prześpię. Nie mogłam się ułożyć wygodnie przez te upierdliwe skurcze. Mój mąż chrapał w najlepsze, a ja co kilka minut musiałam wstać i poobijać się o ściany. Około północy w łazience, podczas nietypowego „bauncowania” przy wannie w pozycji kucającej, dotarło do mnie, że nieodpuszczające skurcze robią się coraz bardziej upierdliwe. Ich intensywność jakby też zaczęła wzrastać. Mąż w dalszym ciągu chrapał… Bujałam się tak jeszcze dobrą godzinę, zanim podjęłam decyzję: „DOŚĆ TEGO!”

Jedziemy do szpitala!

W końcu i tak nie śpię, więc nie mam nic do stracenia. Najwyżej na porodówce mnie wyśmieją i odeślą z powrotem do domu. Już i tak mnie boli, toteż nic gorszego spotkać mnie tam nie może. Jak sobie teraz przypominam ten moment, to pamiętam, że zamiast martwić się samym porodem i tym, że na świecie za chwilę może pojawić się moja córka, to bardziej denerwowałam się taką niepewnością co do objawów (czy ja dobrze to rozpoznałam, czy może to jeszcze nie jest „TO”). I wiesz co? Bardzo dobrze, bo to odciągało moją uwagę od tego, co faktycznie miało się lada chwila wydarzyć.

Obudziłam mojego lubego, założyłam dresy (bo tylko w takie spodnie się wówczas mieściłam), torba pod pachę i do samochodu. Małe wyjaśnienie: ta „torba pod pachę” to tylko takie stwierdzenie, bo oczywiście torba była za wielka, żeby brać ją pod pachę i nie ja ją niosłam, tylko mój dżentelmen i tak właściwie to były dwie torby, co – jak się później okazało – wielu z tych rzeczy w ogóle nie potrzebowałam… Tylko jeszcze wtedy tego nie wiedziałam… Jeśli nie chcesz popełnić moich pakunkowych błędów, to koniecznie pobierz listę rzeczy NAPRAWDĘ potrzebnych na poród do szpitala.

No to w drogę…

Było kilka minut po godzinie pierwszej, jak zajechaliśmy na szpitalny parking. Powinnam dziękować Bogu, że nie pozwolił mi rodzić w biały dzień, bo wówczas zaparkowanie samochodu niedaleko szpitala graniczyłoby z cudem. Na izbie przyjęć ciemno i głucho, jakby nikt o tej porze już nie pracował… Czyżby nie wiedzieli, że ja będę zaraz rodzić!? Dopiero po chwili od przekroczenia przez nas progu pojawiły się dwie panie recepcjonistki. Ich zaspane oczy mówiły same za siebie (nawet nie będę próbować tego przytaczać, bo przez gardło by mi to nie przeszło).

Czerwony dywan chyba oddali do prania

Na powitanie objechały mnie wzrokiem z góry na dół, dokonały szybkiej oceny i wielce zdziwione, czego ja w ogóle chcę o tak nieludzkiej porze, wykrzesały z siebie odrobinę dobrego wychowania, tj. zapytały, w czym mogą mi pomóc (to chyba najgłupsze pytanie, jakiego mógłby się człowiek spodziewać na porodówce). Przyznam, że tak na pierwszy rzut oka mogło nie być po mnie widać, że jestem już w trakcie porodu, bo ani jakiegoś ogromnego brzucha nie miałam (pewnie przez to, że jestem dość szczupła, żeby nie powiedzieć „kościotrup”), ani nie wparowałam na izbę przyjęć wrzeszcząc wniebogłosy z bólu… Dlatego wybaczam tym aroganckim kobietom ich pretensjonalne zachowanie! Na ich idiotyczne pytanie: „w czym mogą mi pomóc?”, odpowiedziałam równie głupkowato: „chyba rodzę”. CHYBA RODZĘ! Hahaha! Ciekawa jestem, jak często słyszały taką odpowiedź z ust pierworódek, które nie mają zielonego pojęcia jak to wszystko wygląda i co jeszcze przed nimi. Ja też nie wiedziałam…

Komplet dokumentów, jakich szkoła rodzenia pod żadnym pozorem kazała do szpitala nie zapomnieć (ich lista tutaj), przekazałam smutnej pani przy okienku, która najwyraźniej tym razem wylosowała papierkową robotę. Druga zaspana pani położna zaprosiła mnie na badanie do ustronnego pokoiku. Jak się okazało, były to krótkie oględziny mojego rozwarcia, które (ku naszemu wspólnemu zaskoczeniu) było na trzy palce. Usłyszałam wtedy potwierdzenie: „PANI RODZI”, czyli to już! Nie ma odwrotu!

Co teraz?

Przeszłam wraz z położną do innego pomieszczenia, gdzie była tylko kozetka i urządzenie do KTG, do którego oczywiście mnie podłączyła i kazała czekać… Nie muszę chyba pisać, że skurcze coraz bardziej dawały mi w kość (aparat do KTG momentami wariował, tak że kończyła mu się skala). Na szczęście mąż dotrzymywał mi towarzystwa i swoimi głupkowatymi tekstami odciągał moją uwagę od bólu. Chwała mu za to! Położna co jakiś czas zaglądała do nas, niby żeby sprawdzić czy z KTG wszystko w porządku, ale naszym zdaniem chciała wywęszyć, co nas tak bawi i czy aby na pewno jesteśmy grzeczni…

Po jakichś 20 minutach (bo tyle zwykle trwa badanie KTG), kabelki zostały ze mnie zdjęte i zostałam wyproszona na korytarz: „proszę czekać na lekarza”. W jednej chwili zbladłam… Znając naszą służbę zdrowia i empatię personelu medycznego (albo raczej brak empatii), będę tu kwitnąć nie wiadomo jak długo, bo lekarzowi się przecież nigdzie nie spieszy. Pozostaje mi wbijać paznokcie w krzesło, na którym siedzę i liczyć na niewyczerpane źródło dowcipów mojego męża.

Na całe szczęście myliłam się, bo dyżurujący lekarz ginekolog przybył w ciągu kolejnych 10 minut. Chwilę to trwało zanim przejrzał wszystkie dokumenty i wypytał mnie po raz kolejny o to wszystko, o co już wcześniej zdążyła mnie wypytać zaspana położna. Kolejne badanie na fotelu, rzecz jasna. „Pani rodzi” – nic nowego nie odkrył, ale okej… Przenieśliśmy się do pomieszczenia obok na badanie USG (co później mój mąż się sprał, że weszłam jednymi drzwiami, a wyszłam innymi, nieważne!). Niestety tutaj też nie było niespodzianki… Mały brzdąc w moim brzuchu dalej wisiał nogami do wyjścia, a nie główką (jak to być powinno). To oznaczało tylko jedno: CESARSKIE CIĘCIE, ale o tym przeczytasz już tutaj: Wspomnienia z cesarki.

A jakie są Twoje wspomnienia z porodówki?
Podziel się swoją historią w komentarzu poniżej…

PODZIEL SIĘ tym wpisem!

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny.