gra-w-gume

Grałaś w gumę w dzieciństwie? Powspominaj ze mną tamte czasy…

Gra w gumę to był prawdziwy hicior mojego dzieciństwa! Grało się wszędzie! Na podwórku, w domu, a nawet w szkole na przerwach. Wszyscy skakali! No dobra… nie wszyscy, bo chłopaki uważali grę w gumę za obciach i woleli uganiać się za piłką do nogi (a to z kolei dla nas, dziewczyn, było niezrozumiałe). W każdym bądź razie jestem przekonana, że nie ma dzisiaj kobiety (przynajmniej w naszym kraju), która by nie grała w dzieciństwie w gumę ze swoimi koleżankami. Dziewczyny rządzą!!!

To były czasy…

Schowam na chwilę skromność do kieszeni, bo (jak to się mówi) dobra byłam w te “klocki”! Może nie najlepsza na osiedlu, bo była taka jedna, co skakała najwyżej, a przy tym była najniższa z nas wszystkich (do dzisiaj zachodzę w głowę, jak to możliwe, że zawsze wygrywała). Tak czy siak, śmiało mogę stwierdzić, że kiedy mama wołała ją na obiad, to ja wchodziłam do czołówki teamu. Granie w gumę zajmowało zdecydowaną większość mojego czas spędzanego pod gołym niebem. Zawdzięczam jej (tej gumie oczywiście) szczupłą sylwetkę i jędrne pośladki, których jako dziecko nie doceniałam. Przydałoby mi się teraz trochę poskakać, ale od czasów dzieciństwa moja kondycja zmalała, a biust nieco urósł, więc mogłoby się to źle skończyć…

Guma i majtki

Najlepsza była gumka do majtek, taka szeroka biała, kupowana na metry w pasmanterii. Raz udało mi się namówić moją mamę, by kupiła mi czarną, która była droższa. Ale czego mamusia nie zrobi dla swojej córeczki? Pamiętam taki głupi szczegół, że przy ladzie sprzedawczyni chciała wiedzieć, ile metrów tej gumki potrzebujemy. Moja mama pytające spojrzenie na mnie, a ja chciałam schować się ze wstydu w stertę materiałów, bo kompletnie nie ogarniałam tematu (ale że o co chodzi z tymi metrami?). W rezultacie kupiłyśmy jej za dużo. Chciałam oczywiście zaszpanować na dzielni, że oto mam gumę do grania czarną (wow!) i taaaaką długą (podwójne wow!). Ale bardzo szybko okazało się, że jest za długa… Podzieliłam ją na mniejsze części, żeby lepiej się grało. Jeden kawałek zostawiłam dłuższy do “trójkąta” (nic zbereźnego, zaraz do tego dojdziemy).

Trzeba było sobie radzić

Gra w gumę kojarzy mi się głównie z latem i wakacjami, błogim okresem beztroski, za którym teraz szalenie tęsknię. Pod blokiem na chodniku wymiatałyśmy w gumę codziennie. Ale zimą wytrawny gracz (to o mnie mowa) nie odpuszczał treningów… Skakanie z podwórka przenosiło się do domu, a dokładnie do mieszkania w bloku. Sąsiedzi pod nami bardzo ubolewali nad tym, że nie mieszkamy na parterze albo że oni nie mieszkają na samej górze. Moi rodzice nie mieli już chyba siły upominać mnie po raz enty, żebym nie skakała tak głośno (dzisiaj ich rozumiem) i w końcu przestali reagować. Z kolei sąsiedzi już tacy wyrozumiali nie byli i zdarzało się, że pukali w sufit “dyskretnie” dając do zrozumienia, że mają dość walenia nad głowami. Swoją drogą, ich też dzisiaj rozumiem. 

Miałam młodszego brata (to znaczy mam go dalej, ale patrząc w przeszłość pasuje mi stwierdzenie “miałam”) i on niestety nie chciał w domu grać ze mną w gumę 🙁 Musiałam radzić sobie sama. Jak? Zaczepiałam gumę o dwa krzesła (jedno krzesło to była Monika, drugie krzesło robiło za Alkę) i tak skakałam “kostki”. Dawało się tak jeszcze poskakać “kolanka”, ale trzeba było gumę co chwilę poprawiać, bo spadała do poziomu “kostek”. No cóż, krzesła to kiepskie imitacje koleżanek z prawdziwymi kolanami, ale lepsze to niż nic.   

.

Pamiętasz zasady?

Zwykle grało się w trzy osoby. Dwie stawały naprzeciwko siebie i rozciągały gumę, podczas gdy trzecia skakała do “skucia”. Bywało i tak, że graliśmy w cztery osoby (dwie drużyny po dwie dziewczyny). A kiedy z liczebnością towarzyszek zabawy było krucho, to zaczepiało się gumę o słup latarni przy klatce i grało się we dwójkę. Radziłyśmy sobie – to trzeba nam przyznać! Tylko wtedy dorośli nas wkurzali, bo do klatki chcieli wejść albo z niej wyjść i musieliśmy za każdym razem usuwać się i robić im miejsce. Choć jak na to spojrzę teraz z perspektywy “starszej pani”, to chyba jednak my wkurzaliśmy ich bardziej 😉

Gra w gumę – “dziesiątki”

Wszystkich figur już dzisiaj nie pamiętam, ale jak sama nazwa wskazuje – było ich dziesięć 😉 Pierwszy etap to był przeskok przez gumę na drugą stronę. Następnie stawało się z jedną linką gumy między nogami i przeskakiwało na drugą stronę. Do trzeciej figury ustawiało się bazowo tak jak do drugiej z tą różnicą, że należało przeskoczyć na drugą stronę tak, by drugą linkę gumy mieć między nogami, plus do tego wejście obiema nogami pomiędzy gumę i wyskok na zewnątrz. Kiepska jestem w tłumaczeniu i opisywaniu zasad, wiem! Ale w głowie widzę to jasno i wyraźnie, więc coś tam trochę jeszcze pamiętam… 

Grało się na różnych szerokościach: rozkrok, baczność, nóżka bokiem, nóżka prosto. Kombinowałyśmy na wszystkie możliwe sposoby, by tylko utrudnić sobie zabawę. Wspomniane już wcześniej “kostki” to była standardowa wysokość, od której zwykle zaczynało się pojedynek. Kto ją przeszedł (a nie było z tym większego problemu), przechodził poziom wyżej na “kolanka”. Później były “bioderka”, “pas”, “paszki”, “szyjka” i “ręce”. Nie mam pojęcia, dlaczego tak zdrabniałyśmy te nazwy… Jeśli ktoś się “skuł” (czyli nie wykonał danej figury poprawnie), następowała zmiana gracza. I tak w kółko, aż znudziło nam się grać albo rodzice wołali nas na obiad. 

Gra w gumę – “trójkąt”

Kiedy było nas za dużo do gry w “dziesiątki”, wówczas graliśmy w “trójkąta”. Trzy osoby rozciągały gumę na kształt trójkąta (to była jedna drużyna), a trzy kolejne skakały swoją turę (to była druga drużyna). Każdy miał swoje pole (czyli jeden bok trójkąta), z którego się zaczynało. Zadanie polegało na przeskakiwaniu z jednego boku na drugi tak, by “zatoczyć koło” i powrócić do swojego pola. Pierwszy etap to był skok na gumę obiema nogami w lekkim rozkroku. Następnie obiema nogami na baczność. Później na jednej nodze i to chyba tyle, bo dalej nie pamiętam… Tutaj również grało się na różnych wysokościach. Zaczynaliśmy oczywiście od “kostek”. Później była tzw. “nóżka” – guma była zaczepiona w dalszym ciągu o kostkę, ale stawialiśmy stopę na palcach, przez co było nieco wyżej. Dalej “łydki” i “kolanka”. Wyżej już chyba nie graliśmy, bo było ciężko… Kurczę! Chciałabym być znowu dzieckiem…

Pisząc o tym wszystkim nabrałam ochoty pograć w gumę, a Ty?

Czytaj: Mało cenzuralne wierszyki z dzieciństwa – czy ktoś to jeszcze pamięta?
Czytaj: Tata w toalecie vs. mama w toalecie (trochę śmieszne, trochę przygnębiające)
Polub fanpage: https://www.facebook.com/wspomnieniajakzbajki

Jak udostępnisz ten wpis, to kupię Ci kucyka ;)

Dodaj komentarz

Jeśli wpiszesz swój adres email to NIE będzie on widoczny przy Twoim komentarzu. Tylko ja go zobaczę ;)