dwulatek

Dwulatek

Ten blog ma być terapią, na którą normalnie nie mam ani czasu, ani pieniędzy. A że akurat dzisiaj mam kiepski dzień, to podzielę się z Tobą “rozkosznymi” momentami z mojego jakże “fascynującego” życia z dwulatkiem. Też masz takiego skrzata pod swoim dachem? Łączę się w bólu… A może Twoje dziecko ten “cudowny” wiek ma dopiero przed sobą? Tym bardziej musisz wiedzieć, co Cię niebawem czeka. Gotowa? Dobra, nie oszukuj się! Na to NIGDY nie będziesz gotowa…

Pozory mylą

Jaka słodka dziewczynka!” – słyszę, kiedy wchodzę do warzywniaka po ziemniaki na obiad. Nie, pani sprzedawczyni nie mówi tak o mnie… Mówi to do mojej córki, która wita ją wyszczerzonymi ząbkami, a ma ich już całą buzię. Nawet ja przez chwilę daję się nabrać na ten teatrzyk… Kiedy nakładam ziemniaki i płacę, moje dziecię stoi grzecznie obok, jakby lekko zawstydzone, bo oto do sklepu weszła kolejna amatorka kartofli do obiadu. Od progu zerka na moją “słodką dziewczynkę”, która rozlewa wokół siebie brokatową tęczę słodkości. Wszyscy kąpią się w tym lukrowym sosie, toną od nadmiaru landrynkowej aury, aż do naszego wyjścia.

Trzask drzwiami i czar pryska! Ja już wiem, że przed nami najdłuższe trzysta metrów do domu… Ja robię dwa kroki w prawo, ona idzie trzy kroki w lewo. Dwadzieścia siedem razy powtarzam: “idziemy do domu” i dzieje się coś niesamowitego, czego mózg ludzki nie ogarnie – ona to słyszy i nie słyszy, rozumie i nie rozumie. Jak to w ogóle możliwe? Odpowiedź jest tylko jedna: DWULATEK.

Kto tu rządzi?

Co takiego kusi moje dziecko, żeby uparcie podążać na lewo? Plac zabaw oczywiście! Z tego miejsca go nie widać, bo za zakrętem i za drzewami… ale ona jakby wyczuwa, że stamtąd pachną huśtawki i kręcona zjeżdżalnia dla starszych dzieci, na którą jest jeszcze za mała, ale będzie się tam pchać, żeby miała to przypłacić złamaną nogą i skręconym karkiem! Ale hola, hola! Ja tu jestem dorosła i to ja decyduję, co teraz robimy i dokąd idziemy… Na to mój DWULATEK myśli sobie (bo mówić jeszcze nie potrafi): “hola, hola! plac zabaw albo histeria – twój ruch, matka!

No i się zaczyna… Krzyki i wrzaski tak przenikliwe, że wszystkie psy i koty w okolicy wybudziły się z przedpołudniowej drzemki. Jak to niewiele daje, to dochodzi siad na chodnik z nieustępliwą miną w stylu “nie ruszę się stąd”. Jeśli i to nie pomaga w osiągnięciu zamierzonego celu (a nie pomaga), do boju zostają zaprzęgnięte działa ostateczne, a mianowicie tarzanie się po ziemi. Twarze wszystkich przechodniów skierowane są w moją stronę – matki, która nie radzi sobie z niespełna sto centymetrowym skrzatem, który jeszcze nie wie, że sika kiedy sika… 

Ale o co chodzi?

Jestem starsza, jestem wyższa, skończyłam więcej szkół… wszystko przemawia na moją korzyść! DWULATEK nie będzie mi przecież rozkazywać, prawda? Takie motywacyjne gadki nakręcam sobie w głowie, podczas gdy mojej “słodkiej dziewczynce” żwir z chodnika przylepił się na zasmarkane gile. Oczywiście nie mam przy sobie chusteczki (jak na kiepską matkę przystało), a nawet gdybym miała, to i tak ten opętany skrzat nie pozwoliłby się do siebie zbliżyć! Najlepsze jest to, że ona już nie pamięta, o co robi taką aferę… Odkąd włączył jej się tryb “małej terrorystki”, liczy się tylko jedno: ryczeć, ryczeć i ani na chwilę nie przestawać ryczeć!

Moja cierpliwość szargana jest regularnie od jakichś pięciu lat, więc w końcu daję za wygraną i kieruję się w stronę placu zabaw. To był błąd! To był błąd! Kiedy myślałam, że krzyki i wrzaski osiągnęły już maksymalne natężenie, okazuje się, że mój DWULATEK potrafi drzeć się jeszcze głośniej! Nie chce iść ani w prawo, ani w lewo. Do tej małej główki nie trafiają żadne rozsądne argumenty, które staram się jej zaprezentować. Sama nie wiem, po co do niej cokolwiek mówię… Nic nie dociera, szkoda mojej śliny! Rozjuszyłam bestię i muszę ją poskromić! Jak? DWULATEK pod pachę, ziemniaki w drugą łapę i najkrótszą drogą do domu… 

.

What the f*ck?

Po powrocie z warzywniaka obieram jabłuszko, gruszeczkę, banana, pomarańczę, winogrona wsypuję do miseczki i stawiam przed jaśnie panią, dając do zrozumienia, że śmiało może konsumować. Mówiąc delikatnie, w du*pie ma moje owoce. Będą tak leżeć pół dnia nietknięte, aż mąż z przedszkola przywiezie dwie starsze panienki. Te z kolei rzucą się na miskę, jakby cały dzień nic nie jadły (a płacę 13 złotych dziennie za żarcie w przedszkolu! ostatnio podrożało). Zgadnij, kto sobie wtedy przypomni, że owoce są jednak spoko? DWULATEK.

Wojna o banana, który leżał dziewiczo od południa, wymaga ofiar… A kto walczy najdzielniej i najostrzej? DWULATEK. Pozostałej dwójce obrywa się niemało, tak że bardzo szybko orientują się, że nie mają najmniejszych szans w tym starciu. Przypomnę raz jeszcze, bo to bardzo istotny szczegół: owoce cały dzień były dla niej dostępne na wyciągnięcie ręki. Mogła je wszystkie zeżreć w każdej chwili! Ale to przecież żadna frajda, kiedy coś można mieć ot tak, bez wysiłku… Nie od dziś wiadomo, że jabłko najlepiej smakuje przy dźwiękach ryku starszej siostry, która oberwała właśnie po głowie, bo nie wiedziała, że ten kawałek należy do DWULATKA.

Spodziewany atak z zaskoczenia

To nie jest tak, że budzisz się pewnego ranka z ręką w nocniku i dziwisz się, że to już! Cały proces tzw. “buntu dwulatka” rozpoczyna się oczywiście dużo szybciej. Początkowo możesz go nie zauważać, bo objawia się takimi niewinnymi i niegroźnymi sytuacjami, np. posłuszny do tej pory niemowlak zaczyna stawiać opór przy zmianie pieluszki. Jedna taka akcja na tydzień – nie ma powodów do zmartwień! Jeden raz na dobę – to też jeszcze nie tragedia… Odkrywasz w sobie nieznane Ci dotąd uczucia dopiero wtedy, gdy DWULATEK postanawia nie zakładać pieluchy już nigdy.

Wszystko byłoby okej, gdyby zamiast tego raczył usiąść na nocnik w celu wypróżnienia, tudzież na dorosły kibel. Niestety, ani jedna ani druga opcja nie wchodzi w grę! Twoja matka czy teściowa powie Ci wtedy, żeby puścić takiego bąka z gołym tyłkiem po mieszkaniu (obsika dywan pięć razy, a za szóstym przeprosi się z nocnikiem – “złota rada”, nie ma co!). Pomijając jednak cały ten bajzel dotyczący odpieluchowania, czy zrobić to tak czy może w jakiś inny sposób… to Ty, moja droga Mamo, będziesz kląć pod nosem, czyszcząc jak głupia ten pieprzony dywan szósty raz w ciągu tego samego dnia, bo – i tutaj niespodzianka – DWULATEK w dalszym ciągu nie ma zamiaru zakolegować się z cywilizacyjną metodą oddawania moczu. Pozwól, że i ja dam Ci “złotą radę”: wywal ten dywan w pierony, póki masz jeszcze siłę!

Ja już siły nie mam, bo to mój trzeci DWULATEK w życiu… Biorę przystanek na żądanie i wysiadam!

Czytaj: 4 naiwne zdania, którymi karmią się matki (oczekiwania vs. rzeczywistość)
Czytaj: Macierzyństwo – ciemna strona mocy
Polub fanpage: https://www.facebook.com/wspomnieniajakzbajki/

PODZIEL SIĘ tym wpisem!

7 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny.