ckliwy-tekst-i-dupa-z-tego

Ckliwy tekst i dupa z tego!

Mój mąż w nieskończoność marudzi, że ja nic tylko narzekam i narzekam i wiecznie coś mi nie pasuje. Mało się uśmiecham, na wszystko krzyczę i nigdy tak do końca nie jestem zadowolona. Cóż… papier na cywilnym podpisałam (podobnie jak on, świadomie i bez przymusu), toteż pełną parą weszłam w rolę żony i nie bardzo rozumiem, co go teraz tak dziwi? Ale ja nie o tym chciałam…

Jedna

Siedzi na kanapie. Oczy wlepione w kolorowy ekran, po którym akurat mały parowóz Tomek sunie po szynach w stronę Grodkowa. Wydaje się nieobecna. Pytam, co chce zjeść na kolację. Cisza. Nawet na mnie nie spojrzała. Pytam ponownie, tym razem odrobinę głośniej. Być może stukot kół Gabrysia, który jak zwykle ciągnie ekspres, skutecznie mnie zagłusza. Dalej nic. Gapię się na nią przez chwilę. Skoro uszy zatkało, to może wyczuje moje natarczywe fluidy. Gdzie tam… nawet nie mrugnęła. Cierpliwość mnie opuszcza, a po przeszło pięciu latach „matkowania” nie mam czym szastać. Pytam po raz ostatni: co będziesz jadła na kolację? Jeśli teraz nie odpowie, to może zjeść coś na “a” (a co? a gówno!). Myślę sobie: dupa z tego

Muszę zachować zimną krew, bo znowu mąż mi wypomni… Szczątkami sił i wrodzonego stoicyzmu zagryzam wargi i usadawiam się obok mojej pierworodnej. Mrugnęła szybko dwa razy – jest pierwszy sukces! Kroczę dalej tą ścieżką… Trącam ją lekko łokciem, niby przypadkiem, niby specjalnie. Jest kontakt wzrokowy, dużo szybciej niż się tego spodziewałam. Wielkie szaro-niebieskie ślepia celują swoją uroczą bronią w moją stronę. Znam te oczy od samego początku ich istnienia. Wiem, kiedy są pełne szczęścia po “pierdzioszkach” w brzuszek. Wiem, kiedy się wściekają, jak kredka wymknie się poza wyznaczoną linię. Wiem, kiedy są dumne z zawiązanych samodzielnie sznurowadeł. Teraz patrzą na mnie, a ja z niemałym zaskoczeniem odkrywam w nich coś nowego… i tak każdego dnia! W milczeniu chłonę tę krótką chwilę, napawam się jej magią. Głośny dźwięk kolejki wypadającej z szyn odbiera mi ten cenny moment. Co to ja chciałam?

Druga

Leży tak już dobre pół godziny. Boję się zerknąć na zegarek. Kręci się i wierci, przewraca z boku na bok. Co rusz odkopuje się spod jasnoróżowego kocyka, po czym błyskawicznie siada wyprostowana i prosi, by ją ponownie nakryć. Zdecydowanie swoje „niezdecydowanie” odziedziczyła po ojcu. Jedną bajkę przeczytałam i ani myślę zagłębiać się w kolejną. Pewnie znowu wyspała się w przedszkolu… Zawsze jak ją o to pytam, odpowiada, że “spała troszeczkę”, ale ile tak właściwie dla trzylatka znaczy to “troszeczkę”? Kolejny raz się przewraca, tym razem z lewego boku na prawy. Oczy jak pięć złotych, ani myślą się zamknąć. Cicho cedzę przez zęby: śpij już, kochanie. Gdyby wiedziała, czym jest irytacja, to pewnie teraz spojrzałaby na mnie wymownie i odpowiedziała: przecież robię, co mogę, mamo. Na szczęście jeszcze tego nie zna, więc posłusznie skleja powieki, ale tylko na krótką chwilę. Zaraz na powrót przybierają postać pięciozłotówek. Padam na pysk po całym dniu robienia wszystkiego (a i tak nic nie jest zrobione). Myślę sobie: dupa z tego

.

Ładuję się swoim za dużym ciałem na jej niewielkie łóżeczko. Robiłam to już nieskończenie wiele razy, więc dobrze wiem, co gdzie wpasować, by się zmieścić i w miarę możliwości wygodnie ułożyć. Następuje wielkie poruszenie, ona też się mości. Jeszcze tylko odgarnę jej włosy z mojej twarzy, bo nie lubię jak mnie bezwiednie łaskoczą. Wtula się we mnie całą swoją dziecięcą siłą. Odwdzięczam się jej tym samym. Po chwili czuję na policzku ruchem rzęs, że zamknęła powieki, to i ja zamykam. Uboższa o zmysł wzroku, siłą rzeczy wyostrzam pozostałe zmysły. Wyczuwam fenomenalny zapach mojej małej dziewczynki. Jej włosy pachną chłodnym jesiennym wiatrem, który muskał ją delikatnie podczas dzisiejszego popołudniowego spaceru. Pachną połamaną czekoladą i orzechami laskowymi, resztkami słońca, które jakby specjalnie dla niej postanowiło wychylić się na krótką chwilę zza chmur. To wszystko wymieszane z aromatem jej dziecięcej skóry, na który ludzkość nie wynalazła jeszcze odpowiednich słów, ale bez wątpienia jest to najpiękniejszy zapach na świecie! Tak też musi pachnieć niewinność. W swojej zachłanności jak narkotyk wciągam nosem najmniejsze drobinki tych wonności. Marzę teraz tylko o tym, by spakować je do małej buteleczki i mieć już zawsze przy sobie. Nawet nie czuję, kiedy sama odpływam…

Trzecia

Chwila spokoju. Wreszcie mogę usiąść i dopić resztki porannej kawy, już zimnej. Każda zajmuje się sobą, ma swoje ważne sprawy. Spuszczam dosłownie na chwilę wzrok z otoczenia i do moich uszu dobiega przenikliwy wrzask. Wiem, która płacze (potrafię to rozpoznać wszędzie, o każdej porze dnia i nocy). Od razu domyślam się, co (albo raczej kto) spowodował ten płacz. To ta najmniejsza, mała terrorystka, wyrwała średniej plastikowego psa, po czym zamachnęła się w jej stronę, uderzając ją Bogu ducha winnym psem w głowę. Który to już raz dzisiaj? Krzyczę na nią, groźnym głosem recytuję znaną wszystkim mamom formułkę: tak nie wolno, zrobiłaś jej krzywdę, zobacz jak teraz płacze, nie wolno nikogo bić! Gdzieś tam w środku mam nadzieję, że coś w końcu do tego dziecka dotrze, lecz ona jakby odpłynęła duchem w jakieś inne, bardziej przyjazne miejsce. Nawet na mnie nie patrzy, jak wychodzę z siebie. Z trzecim dzieckiem miało być już tylko łatwiej, a czasami dochodzę do wniosku, że jest najgorzej. Ja już zwyczajnie po ludzku nie mam na to siły… Myślę sobie: dupa z tego!

Po pięciu minutach po aferze nie ma ani śladu. Średnia zapomniała, najmniejsza chyba nawet nie zarejestrowała, że była przyczyną czyjegoś nieszczęścia. Dzień jak co dzień… Wracam więc na kanapę, sięgam po kubek z kawą. Zaraz muszę go znowu odstawić, bo ładuje się na mnie ta mała łobuziara. Czyżby jednak zrozumiała, że zrobiła coś złego i chciała się na nowo przymilić? Pomagam jej się wgramolić i w jednej chwili zauważam, jaka się zrobiła ciężka. Jeszcze tak całkiem niedawno była maleńkim zawiniątkiem, tonącym w bawełnianym rożku. Tycie stópki obie mieściły się na jednej dłoni. Usadawia się na moim brzuchu i muszę podkulić kolana, by nie przekulała się do tyłu. Zastanawiam się, jak i kiedy umknęło mi, że ona tak urosła? Lada moment zacznie gadać jak najęta, pójdzie do przedszkola, szkoły, może na studia… Cały czas mówimy na nią “dzidzia”, ale ona już od dawna dzidzią nie jest. Ja nie chcę tego przyjąć do wiadomości! Nie zgadzam się na to! Przyciągam do twarzy te jej małe bose stópki, pieczołowicie zbierające od rana okruszki z podłogi i obcałowuję je z każdej możliwej strony. Cały salon wypełnia się jej radosnym śmiechem i po chwili mam przy sobie już całą trójkę…

Mogę psioczyć na wiecznie wywalone klocki. Mogę cały dzień chodzić jak struta po kolejnej już z rzędu nieprzespanej nocy. Mogę wydzierać się sto razy o to samo. Na koniec te trzy małe damy i tak uświadomią mi, że to wszystko jest nieważne, że miłość macierzyńska jest nieograniczona, bezwarunkowa i nieskończona. Moja ma do tego ogromne oczy i nieziemsko pachnie. Niech tylko nigdy nie dorasta…

Czytaj: Dwulatek
Czytaj: 30 pytań moich rannych ptaszków podczas śniadania
Polub fanpage: https://www.facebook.com/wspomnieniajakzbajki/

PODZIEL SIĘ tym wpisem!

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny.