4-naiwne-zdania-ktorymi-karmia-sie-matki

4 naiwne zdania, którymi karmią się matki (oczekiwania vs. rzeczywistość)

Dlaczego to robimy? Odpowiedzi na to pytanie poszukują psychologowie na całym świecie. Coś mi mówi, że nie ma dla nich nadziei… Podobnie jak dla nas, matek, które wmawiamy sobie w kółko i w kółko te same absurdalne niedorzeczności. Czy wierzymy w ich spełnienie? Może za pierwszym razem tak, może za drugim i trzecim też, ale (omatkojedyna!) co nami kieruje za sto trzydziestym siódmym razem? Prawda jest taka, że lista naiwnych twierdzeń, którymi karmią się matki jest niekończąca się! Ja wybrałam zaledwie cztery, które przyszły mi do głowy w przeciągu ostatnich pięciu minut… Pasy zapięte? No to jedziemy!

1. “Zrobię sobie relaks w wannie, a tata zajmie się w tym czasie dziećmi”

Oczekiwania: zamknę się sama w łazience, napuszczę do wanny wrzątek. Będę się w nim gotować jak kurczak w rosole. Ogolę spokojnie nogi, pachy, a nawet tyłek. Dokładnie umyję włosy, nałożę maskę i będę czekać 15 minut (jak zaleca etykieta na opakowaniu). W tym czasie zrobię sobie peeling CAŁEGO ciała, od czoła po najmniejszy palec u stopy. Będę siedzieć w tej wannie tak długo, aż woda zrobi się zimna jak cola z lodem. Nikt nie zapuka do drzwi, nikt nie zawoła w tym czasie “maamooo” ani jeden raz. Wszystkie trzy księżniczki pochłonięte będą układaniem puzzli z tatą. A kiedy w końcu wyjdę cała pomarszczona i szczęśliwa jak gwizdek, to jeszcze brwi sobie wyskubię, ale tak mega dokładnie!

Rzeczywistość: każdej mojej wyprawie do łazienki towarzyszy tupot małych stóp (dokładnie sześciu). Zwykle napuszczam wodę i czekam, czekam… długo czekam, aż obserwatorzy skuszą się na puzzle z tatą. Tyle co zanurzę tyłek w wodzie, docierają do mnie krzyki i wrzaski z salonu – ignoruję je! Szybko golę, co mogę i zabieram się za włosy. Maska chce 15 minut? Buahaha! Przybiega jedna księżniczka ze skargą na drugą: “Maamoo, ona zabrała mi puzzle!” Na to przybiega ta druga: “Maamoo, ona kłamie! Nic jej nie zabrałam!” Ich śladami podąża trzecia najmniejsza panienka, której afera wprawdzie nie dotyczy, ale z pewnością wykorzysta każdą okazję, by tylko znaleźć się w łazience. Z salonu dobiega głos taty: “Chodźcie układać puzzle” – ignorują go! To byłby koniec mojego “relaksu”…

2. “Zrobię na obiad to co ostatnio, bo tak im smakowało”

Oczekiwania: zabiorę się za gotowanie obiadu w mojej czystej i lśniącej kuchni. Przygotowania rozpocznę zaraz po śniadaniu. Mąż obierze ziemniaki i wstawi do gotowania, idealnie je posoli. Ja w tym czasie ubiję mięso na kotlety. Zrobię to według przepisu Madzi Gessler: najpierw delikatnie, stopniowo zwiększając siłę bicia, do momentu aż wszystkie włókna będą idealnie rozbite. Usmażę je na maśle klarowanym, na złoty kolor. Jako dodatek do obiadu zaserwuję kalafior gotowany na parze, al dente. Całą rodziną usiądziemy przy jednym stole i spożyjemy wspólnie pyszny posiłek. Ja pochwalę męża za ziemniaki, on pochwali mnie za schabowego. Dzieci zmiotą wszystko ze swoich talerzy i będą błagać o dokładkę.

Rzeczywistość: koło południa przypominam sobie, że nie mamy nic na obiad. Siłą wywalam męża do sklepu, by “coś” kupił. On nie wie, co ma kupić. Mówię mu: ziemniaki, mięso na kotlety i kalafior. Na wszelki wypadek robię mu listę, żeby o niczym nie zapomniał. Wychodzi, a ja w tym czasie ogarniam “jako-tako” kuchnię. Wszystkie brudne gary przewalam na jedną stronę, na tzw. kupkę. Mąż wraca ze sklepu z zakupami. Na kotlety zamiast schabu wziął pierś z kurczaka, bo nie wiedział. Obiera ziemniaki i wstawia do gotowania. Ja w tym czasie przebieram pieluchę najmłodszej, dolewam wodę do butelki i próbuję znaleźć bajkę w TV, która zostanie zaakceptowana przez wszystkich małych terrorystów. Po “niecierpiących zwłoki” czynnościach, zabieram się za klepanie kurczaka. Na szybko, z jednej strony wystarczy. Smażę na oleju, bo nie mam masła klarowanego. W ostatniej chwili przypominam sobie o kalafiorze. Podaję każdemu obiad pod nos. Mąż siada z jedzeniem przy komputerze i odpala sobie serial. Dzieciaki oglądają bajkę, a ja jednym zamaszystym ruchem zrzucam miśki z kanapy na podłogę, by zrobić sobie miejsce. Ziemniaki nieposolone. Mąż mruczy coś pod nosem, że to ja miałam je posolić. Najstarsza oznajmia, że nie lubi ziemniaków. Średnia z kolei zje ziemniaki, ale mięso zostawi, bo nie lubi. Żadna nie tyka kalafiora.

3. “Przy kolejnym dziecku będzie łatwiej”

Oczekiwania: trzecia ciąża niczym mnie nie zaskoczy. Tym razem to już na pewno będzie chłopiec. Nie będę się bała porodu, bo przechodziłam to już dwukrotnie. Położne nie będą musiały mi nic mówić, bo wszystko doskonale pamiętam. W szpitalu będę instruować wszystkie nowe mamy, jak się obchodzić z noworodkami. Ja nie będę potrzebować niczyjej pomocy, jestem przecież doświadczoną mamą. Moje dwie starsze córki od razu zrozumieją, że w domu jest nowy dzidziuś i że muszą cichutko zająć się sobą, kiedy ten dzidziuś będzie spać. Nie będą wchodzić do pokoju, kiedy będę go karmić piersią. Będą mi pomagać w razie konieczności. Wszystko będzie prostsze… 

.

Rzeczywistość: trzecie dziecko to totalna wpadka! Po dziś dzień przerzucamy na siebie z mężem odpowiedzialność za tę “chwilę nieuwagi”. Ciąża najgorsza z wszystkich poprzednich! Zamiast upragnionego chłopca, kolejna dziewczynka. Sam poród dziwny, pod pewnymi względami lepszy od poprzednich, a pod innymi gorszy. Jak dostałam do rąk małego kurczaczka, to nie wiedziałam, co mam z nim zrobić. Dopiero na następny dzień przypomniałam sobie, że pasuje mu przebrać pieluszkę, bo nie miał zmienianej od narodzin i bynajmniej nie wpadłam na to sama, tylko położna na obchodzie o tym wspomniała. Moje doświadczenie w byciu mamą mogłabym streścić do jednego określenia: gówniane! Bez mojej mamy, która przyjechała pomóc, pewnie do dzisiaj leżałabym zwinięta w kłębek pod łóżkiem. Dzidziuś co chwilę wybudzał się z drzemki, bo jego siostrzyczki darły się na cały blok, która teraz będzie malować czerwoną kredką. Kierując się w stronę sypialni na karmienie, ciągnął się za mną cały sznurek gapiów, który podczas samego karmienia skakał po łóżku. Zamiast jakiejkolwiek pomocy, mogę liczyć na potrójne utrudnianie wszystkiego. Nic nie jest prostsze…

4. “W tej restauracji jest kącik dla dzieci, więc wszystko będzie dobrze”

Oczekiwania: na najbliższą niedzielę zaplanujemy wybrać się na uroczysty obiad do restauracji. Założę moją najlepszą koktajlową sukienkę, mąż ubierze się w garnitur. Dostaniemy najlepszy stolik przy oknie, z widokiem na lazurową zatokę. Każdy zamówi swoje ulubione danie. W oczekiwaniu na te wszystkie rarytasy, moje dzieci rozgoszczą się w kąciku przygotowanym specjalnie dla nich. Będą tam siedzieć grzecznie i cichutko. W tym czasie będziemy mogli przedyskutować nasz wyjazd rodzinny planowany na kolejny weekend.

Rzeczywistość: decydujemy się iść do restauracji, bo “nikt” nie pomyślał kupić coś na obiad w sobotę i ten sam “nikt” nie pamiętał, że w niedzielę sklepy na cztery spusty pozamykane. Mój mąż wpakował się w swój ulubiony komplet dresowy, to i ja narzucam na siebie “co bądź” z przeświadczeniem, że i tak cała będę w ketchupie. Zajmujemy stolik na końcu sali, jak najdalej od ludzi. Tylko mąż zamawia to, na co ma ochotę. Ja zamawiam to, czym będę musiała się podzielić z najmłodszą córką. Dwie starsze dostają to, co im wybiorą starzy. Kącik dla dzieci obczaiły już na wejściu i pognały tam, zanim zdążyły ściągnąć bluzy. Jeśli któryś z obecnych już klientów miał nadzieję zjeść posiłek w spokoju, to w tym momencie mógł sobie to marzenie wsadzić w d*pę. Pluszaki latały po całej sali, a klocki waliły o podłogę. Średnia córka nosiła samochód koparkę od kącika do stolika i tak sto dwadzieścia razy. Tatuś musiał pilnie wysłać wojsko, więc nie zwracał na to wszystko uwagi. A ja powtarzałam sobie w głowie moje nowe motto życiowe: “Ostatni raz, ku*wa, ostatni raz…

Życie z dziećmi to nie sielanka. Rozumiem to i w jakiejś części nawet akceptuję. Nie potrafię tylko pojąć, jakim cudem ja dam się na to wszystko znowu nabrać? Powierzę mężowi dzieciaki, by mieć chwilę dla siebie. To nic, że szybciej z wanny wyjdę jak wejdę… Będę stać przy garach i gotować ten kalafior w nadziei, że zjedzą go jak w zeszłym tygodniu. To nic, że wtedy był mniam, a teraz jest bleee… Pójdę do tej pieprzonej restauracji, choć rozsądek mówi mi: “zamów pizzę do domu, tak będzie najbezpieczniej!” Tylko na kolejne dziecko już się nie nabiorę!
To znaczy: mam nadzieję…

Czytaj: 10 Mamuśkowych zachcianek (złota rybka wymięka)
Czytaj: Żaden trzylatek Ci tego nie powie (choć bardzo byś chciała)
Polub fanpage: https://www.facebook.com/wspomnieniajakzbajki/

PODZIEL SIĘ tym wpisem!

6 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny.