10-mamuskowych-zachcianek

10 Mamuśkowych zachcianek (złota rybka wymięka)

Wiem, że to żadne odkrycie Ameryki i nikt mi Nobla za to nie przyzna, ale… macierzyństwo wiele w życiu zmienia! Kto by się spodziewał? (ha ha) Niby doba ma tyle samo godzin, a tramwaj „siódemka” kursuje tą samą trasą… A jednak wydając na świat swoje potomstwo każda babka wie, że od tej chwili nic już nie będzie takie jak do tej pory. Nie ma co czarować rzeczywistości… Papa wolność! Żegnaj błoga ciszo! Gorąca kawo, będę za tobą tęsknić! I za tobą też, czysta podłogo! Spotkamy się za jakieś osiemnaście lat… Łezka kręci się w oku, ale co zrobić? Odkąd dostąpiłam „zaszczytu” posiadania własnej dziatwy, moje tak zwane „marzenia” mignęły mi przed oczami karteluszką z niewyraźnym znakiem „L4” i sobie zwyczajnie poszły… Trochę tak jak ja w pracy sześć lat temu, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży (ciiii!). Od tego dnia wszystko wywróciło się do góry nogami.

Zwykle dosyć mam już przy śniadaniu, kiedy jedna córa pół godziny wybiera smak jogurtu (brzoskwinia czy truskawka? – to ci dopiero zagwozdka!), podczas gdy druga zalewa się łzami, bo posmarowałam jej chleb masłem (jak wczoraj i przedwczoraj i przed-przedwczoraj), ale dzisiaj nie powinnam była tego robić! Ot, taki typowy poranek każdej mamuśki… I tak od 8:15 rano do samego wieczora marzę głównie o tym, żeby wszyscy dali mi święty spokój. Nie będę Cię dłużej trzymać w niepewności, bo pewnie ciekawa jesteś, czy tak się faktycznie dzieje? Czy moje nieprzyzwoite fantazje o chwili ciszy i spokoju dochodzą do skutku? Otóż NIE! Nie mam co na to liczyć… A czego jeszcze mi brakuje? Poniżej utworzyłam swoją subiektywną listę 10 mamuśkowych zachcianek. A jakie są Twoje?

1. Samotne posiedzenia toaletowe

Na pierwszym miejscu oczywiście klasyka! Bo która matka o tym nie marzy? Wyobraź sobie: pijesz poranną kawkę z mlekiem i nagle czujesz, że nadszedł „ten moment” (co oczywiście było do przewidzenia, kwestia czasu). W pośpiechu wychodzisz z pokoju. Twoje dzieci to widzą i wcale za Tobą… NIE IDĄ! Siadasz sobie wygodnie na „tronie”, bez żadnych gapiów, bez niechcianych obserwatorów. Na zewnątrz pod drzwiami nie ma żadnego zbiegowiska. Nikt się nie dobija. Nikt nie krzyczy, nie woła, że chce banana właśnie TERAZ albo wyrzuci przez balkon wszystkie Twoje staniki. Cisza, która towarzyszy Ci w tym jakże intymnym momencie nie powoduje ataku paniki, że coś tam za drzwiami dzieje się niedobrego. Wręcz przeciwnie, delektujesz się robieniem kupy i nawet przedłużasz sobie tę cudowną chwilę, choć już dawno skończyłaś… Niesamowite, prawda?

Muszę niestety sprowadzić Cię z powrotem na ziemię… Samotne posiedzenia toaletowe w wydaniu matek tak naprawdę nie istnieją. Ja nawet nie próbuję rozgryźć, jaka nieznana siła kieruje za mną dzieciaki w stronę łazienki. Tak się po prostu dzieje, automatycznie i odruchowo. Możesz to sobie tłumaczyć, że towarzyszy Ci eskorta do kibla, bo jesteś jakąś królową czy szlachcianką… Cóż, to nieprawda. Nie od dziś wiadomo, że sadzenie „dwójeczki” pod czujnym okiem widzów bywa stresujące, nie wspominając o wymianie tamponu…

2. Rozpustna kąpiel

Panów uprzedzam, że mogą schować swoje sprośne uśmieszki na dno pudełka z napisem „TO SIĘ JUŻ NIGDY NIE WYDARZY”, bo nie o taką rozpustną kąpiel mi chodzi… Nie chodzi tu także o zwykłe mycie tyłka i względne odmywanie pach, czym musimy się zadowalać każdego wieczora, o nie! Mam na myśli posiedzenie w wannie za zamkniętymi drzwiami, w towarzystwie odurzających świeczek zapachowych, tak że tylko spragniona samotności matka będzie w stanie to wytrzymać. Wlałabym sobie wtedy do wody trzy różne olejki i może jakąś kulę musującą, żeby posmyrała mnie w tyłek. Marnowałabym w niej czas tak długo, aż pomarszczyłyby mi się paznokcie na stopach. Do tego jakiś dobry drink albo dwa i tak to można żyć! Znowu się rozmarzyłam…

A jak to wygląda dzisiaj? W sumie nie mam na co narzekać… Udało mi się ogolić nogi (obie na raz, a nie w odstępie kilku dni, jak to czasem bywa). Pachy musiałam przełożyć na inny dzień, bo eksplozja w pieluszce spowodowała wyciek substancji kupo pochodnej poza bezpieczny obszar (a wiadomo, że najważniejsza jest szybka reakcja). Zamiast trzech olejków, mydło w płynie o mdlącym zapachu miodu (zapamiętać! NIGDY więcej nie kupować tego dziadostwa!). Poza tym myjąc włosy do łazienki wparowało moje dziecko i chlapnęło mi wodą prosto w twarz, także spokojnie mogę uznać drinka za zaliczonego…

3. Swobodne poruszanie się po mieszkaniu

Do czego to doszło, żeby człowiek we własnych czterech ścianach czuł się wiecznie obserwowany? Prywatna eskorta towarzyszy mi nie tylko do kibla, ale ogólnie wszędzie… Zupełnie jakby moje dzieciaki miały wbudowany pod czaszkami detektor ruchu matki. Niby coś oglądają, malują, zajmują się sobą, ale to tylko pozory! Kiedy detektor wychwyci, że mamuśka zniknęła z pola widzenia, uruchamia w małych główkach alarm: „Uwaga! Uwaga! Obiekt się przemieszcza!” Wówczas następuje rzucenie wszystkiego w diabły i od tej pory trzy małe kajtki gęsiego, jeden za drugim, od najstarszego do najmłodszego, podążają za mną krok w krok. O dziwo wiedzą, kiedy wybieram się sprzątać ich pokój, bo wtedy jakoś nikt się nie kwapi ruszyć za mną. Telepatia, czy co?

4. „Taaatoo!” zamiast „maaamoo!”

Gdzieś ostatnio przeczytałam, że bycie dla kogoś całym światem jest równie piękne, co męczące… Buhaha! Niby w którym momencie jest to „piękne”? Nie powiem, bo zdarzyło mi się rozczulić, gdy moja córka przybiegła do mnie zapłakana i powiedziała, że tylko ja potrafię pociumać jej bubę tak, żeby przestało boleć… Ale to było dawno, tylko raz i w sumie chyba i tak z perspektywy czasu upiększyłam to w pamięci aż nadto (a może to mi się przyśniło?). Fakty są takie, że słowo „mama” odmieniane jest w naszym domu przez wszystkie przypadki, od rana do wieczora, a nawet i w nocy! Poza ciumaniem buby mama najlepiej obiera dzieciom jabłka, podciera tyłki, karmi płatkami z mlekiem, usypia, przytula, przebiera, kąpię… To w sumie nic nowego.

Stałam się zakładnikiem swoich dzieci, i żeby była jasność – do nikogo nie mam pretensji! Po prostu martwię się, żeby tatuś nie poczuł się jakiś niepotrzebny czy coś… Dlatego aparat mowy moich dzieci mógłby się trochę zamotać i wołanie „maaamoo!” przemienić w równie pięknie brzmiący okrzyk „taaatoo!” – tak od czasu do czasu albo… już NA ZAWSZE!

.

5. Ubranie wolne od zanieczyszczeń

Bynajmniej nie chodzi o dziecięce odzienie, bo takich cudów to nie ma! Pominę fakt, że jeszcze się taki naukowiec nie narodził, który by wymyślił skład magicznego proszku będącego w stanie doprać skumulowane plamy po borówkach, pisakach i bliżej nieokreślonej cieczy koloru bordo. Tak więc ubrania moich dzieci wyglądają jak brudne już na starcie, a dokładniej rzecz ujmując – są brudne już na starcie. Ale kto by się tym przejmował? W sumie swoimi własnymi ciuchami też przestałam zaprzątać sobie głowę… Dziecięce gile zastygłe na bluzce to tylko namiastka paskudnych substancji, z jakimi każdego dnia ma do czynienia moja garderoba. Pozostałych obrzydliwości zamierzam Ci oszczędzić…

Pół biedy, jak wychodzę gdzieś w towarzystwie moich młodych. Wtedy wszyscy (albo tylko inne matki) łączą moje niechlujstwo z posiadaniem dzieci. Gorzej jak wymykam się z domu sama… Wówczas nie mam pod ręką nikogo, na kogo mogłabym zwalić brzemię dziwnych jasnych plam w jeszcze dziwniejszych miejscach. Nie żebym jakoś przesadnie przejmowała się tym, co inni pomyślą, bo tak nonszalancko mam to w dupie! Ale to musi być zajefajne uczucie, kiedy dochodzi południe, a jedyne plamy na Twojej bluzce to lekkie przepocenie pod pachami. Tak tylko głośno myślę…

6. Sen bez zakłóceń

Jak znam życie, to zaraz mi powiesz, że Twoje dziecko od czwartego miesiąca życia przesypia całe noce… Już ja znam takie typy! Zacne grono matek, których opowieści o błogo pochrapujących bobasach roznoszą się drogą ekspresową od piaskownicy po huśtawki na placu zabaw. Nie musisz mi nic więcej tłumaczyć. Wiem, jak to działa: Ty śpisz, całe osiedle śpi, zazdroszczę! Ja tyle szczęścia nie mam… A ponieważ jara mnie od czasu do czasu wcielanie się w rolę matki cierpiętnicy, to (tak zupełnie na marginesie) pożalę się, że moja najstarsza córka pierwszą całą przespaną noc odklepała jak skończyła 4 lata (nie miesiące!). Średnia miała niewiele ponad 3 lata (nie miesiące!), a najmłodsza budzi się kilka razy w ciągu nocy po dziś dzień. W sumie to już dawno straciłam jakąkolwiek nadzieję na sen. Poczekam, aż się wyprowadzą…

Znajdziesz mnie też na Facebooku i Instagramie!
Polub fanpage: https://www.facebook.com/wspomnieniajakzbajki/
Obserwuj: https://www.instagram.com/wspomnieniajakzbajki/

7. Gigant

Wyjść z domu i nikomu nie powiedzieć dokąd, na jak długo i czy w ogóle zamierza się wrócić, tak po prostu… Kilka razy chciałam tak zrobić, jak wszyscy jednogłośnie zdecydowali o wystawieniu mojej kruchej cierpliwości na próbę. Że niby taki zakład, kto dobitniej podkur** styraną matkę? Czułam się wtedy jak jakaś plastikowa świnka, w którą każdy gracz po kolei ładuje swoje ciasteczko (wybrzmiało nieprzyzwoicie, niechcący) i to tylko kwestia czasu, kiedy pełna świnka podskoczy do góry i wszyscy będą się pokładać ze śmiechu. A nie, przepraszam, do śmiechu to raczej nie będzie nikomu… Moje wyjście byłoby wówczas w pełni uzasadnione: wyjść, żeby nikogo nie zabić. Przestałoby być wyjściem „tak po prostu”, bez celu, bez powodu… Nie o to mi przecież chodziło! W sumie to wcale nie trzeba szukać powodu do ucieczki z domu. Byleby zmieniając w łazience bluzkę na mniej porzyganą nie słyszeć przerażonych głosów pytających: „gdzie idziesz?”. Nigdzie…

8. Niedzielące się lody

Taka mi się przypomniała historia minionego lata… Wracamy całą rodzinką z plaży do domu, upał jak nie wiem… Dzieciaki wymęczone śpią na tylnym siedzeniu. „To co? Do Maka na lody?” – pyta mój mąż, ale odpowiedź jest jakby oczywista: „Dawaj, póki śpią!”. Zajeżdżamy na parking, dwa lody (jeden dla mamy, drugi dla taty), cichutko, prawie bezszelestnie. W błogim milczeniu delektujemy się pysznym waniliowym smakiem… Nagle z tyłu słyszymy: „Co to za ciamkanko?” – najstarsza dziedziczka lichej fortuny zbudziła się ze snu. Normalnie w domu jak zaśnie w ciągu dnia to dobudzić nie idzie! Ale „ciamkanko” loda to jej w mig otwiera oczy! Zagadka: zgadnij, kto musiał oddać dziecku swojego loda?

9. Opalanie na balkonie

Lato wprawdzie się skończyło, więc i tak dzisiaj nic z tego nie będzie, ale marzy mi się rozstawić na balkonie leżak w pozycji półleżącej, na pełnym słońcu. Niby nic nadzwyczajnego, myślisz sobie: szkoda tracić cenne życzenie na taką bzdurę… Ale to moja lista zachciewajek i musi się na niej znaleźć leżaczek, zimne piwko z malinowym soczkiem, relaksik i brak stresów wewnętrznych podczas rozkosznego opalanka. Taki powrót do przeszłości dobrze by mi zrobił… Może to właśnie o to chodzi… Leżak jest tu tylko symbolem beztroskich młodzieńczych dni, za którymi coraz częściej zdarza mi się tęsknić… Niestety, młodsza już nie będę, a z tego leżaka jeszcze długo będę musiała przeganiać małe smrodki.

10. Ostatnie życzenie: żeby ktoś się w końcu tego wszystkiego domyślił!

Proste?
No jakoś właśnie nie…

Twoja kolej, mamuśko! O co poprosisz złotą rybkę?

Czytaj: Obiecanki cacanki przyszłej matki – moje TOP 5
Czytaj: 30 pytań moich rannych ptaszków podczas śniadania

PODZIEL SIĘ tym wpisem!

12 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny.